Menu

zwierz popkulturalny

ZWIERZ POPKULTURALNY PRZENIESIONY NA WWW.ZPOPK.PL

Jesień życia w kolonii serca czyli nigdy nie jest za późno na dobre zakończenia.

ratyzbona

 

Hej


Zwierz musi powiedzieć, że wczoraj po raz pierwszy poczuł, że czytanie recenzji, może zwierza skrzywdzić. Oto zwierz udał się do kina na film „Hotel Merigold”, historię kilkorga angielskich emerytów, którzy decydują się na spędzenie jesieni życia w Indiach. Zwierz czytał kilka recenzji filmu zamieszczonych w jego ulubionych miesięcznikach (trzeba tu dodać, że są to wszystko miesięczniki angielskie) i przebijała z nich przede wszystkim niechęć, czy pretensje wobec przedstawionego w filmie kolonialnego obrazu Indii. Zwierz po lekturze tych i innych, angielskich oraz hinduskich pretensji pod adresem filmu, siedział na widowni cały czas zastanawiając się, czy to co widzi to próba sentymentalnego zagarnięcia starej kolonii, połączone z misją białego człowieka, czy też przefiltrowany przez przewodniki obraz Indii, o których nikt nie chce myśleć w kontekście rozwoju i nowoczesności, a wszyscy chcą odnaleźć duchowy spokój. Prawdę powiedziawszy te rozważania zdominowały dla zwierza seans w czasie, którego zamiast skupić się na fabule (choć raczej nic mu nie umknęło) przyglądał się filmowi przez pryzmat tego czy zarzuty są słuszne, czy też nie. Zwierz musi przyznać, wcale nie jest z tego zadowolony.

 

 

 Film paradoksalnie cierpi na nadmiar bohaterów - siedem osób to o jakieś dwie za dużo - niektórzy bohaterowie znikają więc z ekranu na całe wieki

 

Istotnie bowiem trzeba przyznać wizja Indii wyłaniająca się z filmu, to wizja kolonialna. Indie to piękny kraj, pełen radosnych ludzi, kolorów i zapachów, świątyń do zwiedzania i tradycji, które trzeba raz szanować (jeśli są duchowe i głębokie), raz przełamywać (jeśli są obyczajowe). Obrazki łączą tłum biednych dzieciaków, z urodą miejscowej przyrody. Hindusi są mili, choć nawet młodzi ludzie sypią jak z rękawa mądrościami wschodu, większość mówi złą i zabawną angielszczyzną, zaś cywilizacja (symbolizowana przez piękne lotniska czy budynek call center) czymś obcym i zimnym. Problem polega jednak na tym, że  właściwie taka wizja z kolonializmem, nie ma nic wspólnego. A właściwie ma, tylko nie jest to kolonializm historyczny czy polityczny, ale sentymentalny. Aby go uprawiać nie trzeba mieć imperium, nad którym nie zachodzi słońce, nie trzeba mieć nawet jakichkolwiek zamorskich posiadłości. Tego typu sentymentalny kolonializm można uprawiać we własnym kraju – Polska w ten sposób kolonizuje wieś, wszystkimi „Domami nad Rozlewiskiem” czy „U Pana Boga w Ogródku” albo „Ranczo”. Cały świat kolonizuje w ten sposób wioski Prowansji czy Toskanii. Wizja oddalenia się od znanej nam „zimnej” cywilizacji i przeniesienie się do innego, cieplejszego świata, gdzie co prawda nie znamy wszystkich zasad, ale ludzie są życzliwi i nareszcie możemy zrobić to, o czym marzyliśmy przez całe życie jest bardzo obecnie modna. Pod tym względem, pokazywanie nowych rozwijających się Indii, nie miałoby w filmie sensu, bo nasi bohaterowie uciekają przed tym co kojarzy się z zachodnią rozwiniętą cywilizacją – tam im nie ma nic do zaoferowania. Stąd przechadzki po nowoczesnym centrum, jednego z najszybciej rozwijających się krajów świata byłaby zaprzeczeniem idei filmu. Oczywiście można się zastanawiać, czy nie było by śmiesznej gdyby w miejsce wymarzonych egzotycznych Indii nie pojawił się kraj nowoczesny, ale nie na tych emocjach chce zagrać film.

 

 

 

 Indie w filmie są piękne i kolorowe. Muszą takie być bo gdyby były nowoczesne i industrialne to cały koncept ucieczki diabli by wzięli

 

Co więcej w filmie występuje przejaw nowoczesności (poza lotniskiem) – czyli Call Center, które jest zarządzane przez młodych, wykształconych ludzi i mieści się w nowoczesnym budynku. Ale tam nie rozgrywają się wątki naszych bohaterów, tylko młodych ludzi, dla których cywilizacja ma jeszcze miejsce.  Prawdą jest natomiast, że rzeczywiście ogólnie brakuje nowoczesnej wizji Indii w kinie zachodnim (bo pewnie w Indyjskim, nie trudno byłoby ją znaleźć).  Zwierz odnosi wrażenie, że nowoczesną i luksusową stronę, egzotycznych  krajów, oglądamy tylko w filmach sensacyjnych (ostatnie Mission Impossible, Bondy), natomiast rzeczywiście filmy obyczajowe jak np. „Jedz, Módl się i Kochaj” pokazują wizję sentymentalnie skolonizowaną, przybrudzoną ale ciepłą. Ale trudno się temu dziwić, bo po prostu filmy odpowiadają za zagospodarowanie naszej tęsknoty za innością, ucieczką od cywilizacji itp. Pod tym względem nawet cywilizacyjnie rozwinięta Alaska może stać się uroczym zapyziałym końcem świata, gdzie ludzie zachowują się inaczej niż przedstawiciele zachodniej cywilizacji – najlepszym przykładem „Przystanek Alaska”. Problem polega na wyważeniu przekazu – zwierz wierzy, że obraz biednych ale kolorowych Indii jest równie prawdziwy co obraz Indii ze szkła i stali. Tylko jak na razie nikt tego w kinie zachodnim nie miesza.

 

 Zwierz musi przyznać, że czasem film rzeczywiście trochę za bardzo wchodził w stereotyp tego jak wyglądają Indie ale z drugiej strony to samo można powiedzieć o filmach, które dzieją się w Toskańskich wioskach

 


Odłóżmy jednak na bok kolonialne rozważania (nie żeby zwierz nie chciał o tym pisać, po prostu nie jest to dobry film, do rozważania tego problemu), a zajmijmy się filmem samym w sobie. Indie nie mogą nam bowiem przysłonić faktu, że oto dostajemy historię o grupie bohaterów, których średnia wieku na pierwszy rzut oka, dawno przekroczyła 60 lat (na drugi rzut oka też bo Wikipedia poinformowała zwierza, że wiek aktorów plasuje się w przedziale 60-78). Zwierz pisał niedawno, że ludzie starzy w kinematografii, rzadko mają inne cechy charakterystyczne poza tym,  że są starzy. Mogą ewentualnie odgrywać dziarskich staruszków (przy czym pod tym pojęciem ostatnio pojawiło się bieganie z bronią i strzelanie do wszystkiego co się rusza), ale tak naprawdę większość ich charakterystyki zawiera się w wieku. Stary bohater, rzadko musi mieć jakąkolwiek inną cechę, poza tym, że jest stary. Zwierz miał wrażenie, że będzie miał do czynienia z taką samą produkcją, ale trzeba przyznać, że scenarzyści starają się mimo wszystko wyjść poza schemat, dziarskich staruszków łapiących się na to wszystko, na co nie załapali się za młodu. Mamy więc historię kobiety (Judi Dench), która musi się nauczyć żyć bez męża, po 40 latach małżeństwa. Jej historia, choć bardzo sztampowa (i najbardziej kolonialna, bo jej praca polega na uczeniu pracowników call center, jak rozmawiać z anglikami), to jednak bardziej opowieść o emancypacji niż starości. Wyjazd, podjęcie pierwszej w życiu pracy, oderwanie się od rodziny – to decyzje nie tyle związane z wiekiem, co z faktem, że pierwszy raz w życiu może o sobie decydować. Z kolei opowieść o mężczyźnie, który przyjeżdża do Indii kogoś odnaleźć (zwierz nie zdradza kogo, bo to zaskakujący suspens, w tym dość leniwym filmie), to historia raczej z gatunku tych, które ze starością niewiele mają wspólnego. Także zgorzkniała rasistka, przywieziona do Indii na operację biodra (O! tu mamy kawałek nowoczesności bo Indie przeprowadzają operację szybciej i nowocześniej niż Anglia), a która nawiązuje więź ze sprzątającą dziewczyną, jest o tyle ciekawa, bo okazuje się że wyniosła biała kobieta w swoim kraju też była sprzątaczką (co w ogóle nie przychodzi nam do głowy kiedy przyglądamy się Maggie Smith bo co to za pomysł by Maggie Smith była kimkolwiek innym niż arystokracją).  To jest więc też historia z wiekiem niewiele mająca wspólnego.

 

 

 Zwierz miał spory problem by uwierzyć, że Maggie Smith kiedykolwiek u kogokolwiek sprzątała. Przecież od razu widać, że to jej sprzątano.


Być może dlatego najsłabszymi postaciami w filmie, jest dwójka bohaterów, którzy szukają romansu, podobnie jak nieszczęśliwa para małżonków, zrujnowanych przez zainwestowanie wszystkich pieniędzy w biznes córki – tu wiek wydaje się odgrywać decydujące znaczenie i choć Bill Nighy, jest uroczy w roli człowieka, który nie jest w stanie wyartykułować swoich uczuć, to zwierz już oglądał „Dziewczynę w Kawiarni” i takiego bohatera już widział. Z resztą widać, że scenarzystom też nie na rękę jest taka ilość bohaterów (tylu jest ich w książce ale książki rządzą się innymi zasadami niż scenariusze filmowe) – część z nich znika z ekranu na wieku, można mieć wrażenie, że scenarzyści zupełnie o nich zapomnieli, by potem pojawić się nagle ponownie na ekranie. Jest to dość denerwujące, zwłaszcza w sytuacji kiedy luki w fabule wypełnia się pięknymi obrazami krajobrazów i koszmarnie egzaltowaną narracją w tle.

 

 

 Część bohaterów wydaje się być napisana tylko w połowie - jak bohater Billa Nighty, który chyba zwiedził najwięcej Indii, ze wszystkich bohaterów ale nic z tego nie zobaczymy na ekranie


Z resztą skoro już jakiś wątek porzucać to zdecydowanie najgorszy, sztampowy do bólu zębów koszmarny wątek młodego szefa hotelu – widać, że jest dopisany przez scenarzystów, którzy pragnęli mieć na ekranie trochę naiwnej młodości i piękną hinduską dziewczynę (w książce hotel prowadził stateczny doktor w średnim wieku, z tego co zwierz pamięta). Wątek jest koszmarny, źle zagrany (zwierz nie przepada za Devem Patelem dyżurnym uroczym hinduskim młodzieńcem współczesnego kina brytyjskiego) i po prostu koszmarnie nudny, co prawda owocuje najśmieszniejszą w filmie sceną, ale to właśnie w nim objawia się, ta koszmarna wizja tych mądrych przybyszów z zachodu, którzy uczą młodego człowieka jak prowadzić biznes. I choć scenarzystom chyba jednak chodzi o starość, która może się okazać równie obrotna i kreatywna jak młodość, to jednak wychodzi to trochę za bardzo jak misja białego człowieka. Poza tym wątek jest nudny (zwierz wie, że o tym pisał ale wątek jest naprawdę nudny).

 

 

 

 Zwierza najbardziej denerwował, koszmarnie nudny i sztampowy wątek młodych radosnych ludzi. Czyżby zwierz się starzał?

 

Ogólnie trzeba przyznać, że gdyby nie wyśmienita obsada film byłby trudny do oglądania. Na całe szczęście film ma obsadę znakomitą. Zwierzowi szczególnie podobał się Tom Wilkinson w roli sędziego sądu najwyższego, który porzuca sędziowanie by do Indii powrócić po latach nieobecności. Gra swoją postać z dużą dozą godności i wiarygodności – od samego początku lubi się jego bohatera, raczej jako człowieka niż poglądowego staruszka, świetna jest też Maggie Smith zwłaszcza, że przypada jej postać dość trudna do zagrania, bo mamy jej nie lubić, a potem polubić mimo, że przemiana zostaje pokazana bardzo szczątkowo. Problem właściwie w tym jak nie lubić Maggie Smith na ekranie (zwierz ma z tym spory problem). Reszta aktorów też jest dobra, choć zwierza zaskakuje fakt, że Judi Dench powoli daje się wpisać (no może poza M) w pewien schemat grania kobiet w podeszłym wieku, które jednak są wciąż otwarte na świat i nowe doświadczenia. Z resztą trzeba powiedzieć, że nie widać po niej, że jest najstarsza na ekranie. Wręcz przeciwnie sprawia w wielu scenach wrażenia młodszej od części aktorów, co by potwierdzało, że wiek to przede wszystkim stan umysłu.


 Zwierz żałuje, że Toma Wilkinsona nie ma więcej na ekranie, z jego historii spokojnie mógłby powstać osobny, bardzo ciekawy film.

 


Ale właśnie skoro przy starości jesteśmy – wydaje się, że scenarzyści trochę nie mogą się zdecydować. To znaczy, film wydaje się nie wiedzieć, czy opowiada o ludziach, którym pod koniec życia może się jeszcze coś przydarzyć (zgodnie z zasadą, póki życia póty nadziei) czy może po prostu opowiedzieć o grupie bądź co bądź nieudaczników, którzy z dala od kraju znajdują szczęście. Zwierz prawdę powiedziawszy nie miałby nic przeciwko temu by obejrzeć film, w którym bohaterowie po prostu nie są młodzi (w końcu to jakaś paranoja, że po ekranie ganiają tylko ludzie do 40), ale tu zatrzymujemy się w półkroku między „wesołe jest życie staruszka” a „nasza bohaterka ma 78 lat”. O ile rozumiecie na czym polega różnica. A tak w jednej scenie mamy do czynienia ze zdaniami typu „Jesteśmy starzy nie ma na co czekać” a w drugiej nasi bohaterowie np. świetnie obsługują komputer, bez żadnych zahamowań co wskazuje, że jednak nie są w takiej kondycji psychicznej, że tylko siedzą i myślą o śmierci. Tak więc widać pewne niezdecydowanie, które gra na niekorzyść filmu.

 

 

 

 No właśnie jacy są ci dzielni staruszkowie - zaniepokojeni perspektywą śmierci czy też śmiało podążający za nowymi technologiami?

 

Podsumowując – film zdecydowanie nie jest produkcją, która porywa i chwyta za serce, wręcz przeciwnie – stanowi jeden z tych filmów, który ma potencjał by być świetnym (kilka naprawdę zabawnych scen, dwa dobre niesztampowe wątki), ale traci go gdzieś między jednym a drugim malowniczym ujęciem ulicy, czy krajobrazu i koszmarną narracją zza kadru (narracja zza kadru, powinna być w pewnych produkcjach zakazana, a czytanie bloga w filmie, powinno być karane komisyjnym odłączeniem pomysłodawcy od Internetu). Natomiast plusem jest fakt, że właściwie od samego początku informuje się nas, że wszystko dobrze się skończy. Serio, to żaden spoiler, nawet w zwiastunie filmu można to usłyszeć. I tu pojawia się refleksja zwierza – wypuszczanie takiego filmu latem nie ma sensu – latem wszyscy czujemy słońce i jakąś większą chęć życia, gdyby jednak film wszedł na ekrany naszych kin w lutym być może zwierz właśnie by się rozpływał nad jego terapeutycznymi właściwościami.

 

 

 W filmie jest coś ożywczego - kolory, światło, spokój. Ale lepiej to działa kiedy za oknem plucha i zimno

 

Zwierz oglądając ten film doszedł do jeszcze jednego wniosku. Cała ta historia jest historią ludzi z zachodu. Bohaterowie mają wnuki i dzieci, ale oddalenie się od nich oznacza wolność, możliwość prowadzenia życia tak jak się chce, wyzwolenia się z ram jakie nakłada na człowieka podeszły wiek. Choć właściwie nie za wiele wiemy, o relacjach naszych bohaterów i ich dzieci oraz wnuków, to wydają się one nieprzyjazne – jedna bohaterka wykorzystywana jest jako niańka do wnuków, za drugą decyzje podejmuje syn, małżeństwo wkłada wszystkie oszczędności w biznes córki, co stawia ich na skraju bankructwa. Rodzina jest więc raczej ciężarem, czymś od czego trzeba uciec aż do Indii, by wreszcie być sobą. Zwierz nie chce powiedzieć, że w Polsce wszyscy radośnie zajmują się wnukami (i że powinni to robić) albo mają świetny kontakt z dziećmi, ale wizja, że na stare lata najlepiej położyć ocean między sobą, a swoją rodziną to w sumie, niezależnie od pocieszenia jakie niesie treść filmu, wizja smutna. Być może dlatego, zwierz czuł pewien dyskomfort oglądając film. Bo jakie pocieszenie jest w tym, że na starość czeka nas jeszcze odrobina szczęścia, skoro jasno wynika z filmu, że nie ma się co łudzić, że to szczęście zagwarantują nam bliscy. 

 

Ps:  Jeśli robią zwierzowi zdjęcia, wiedzcie, że coś się dzieje. Co się dzieje... zobaczycie.

Komentarze (16)

Dodaj komentarz
  • Gość: [miho] *.lublin.mm.pl

    To jest film o emerytach? Poważnie? Bo dla mnie oni wszyscy wyglądają jak ludzie na 10 lat przed emeryturą? Nawet Maggie S. Czyżby Tusk kłamał mówiąc, że w innych krajach UE ludzie przechodzą na emeryturę później niż Polacy?
    Czas na powtórkę z "Kokonu".

  • monilip

    Dziękuję zwierzowy za prowadzenie bloga - nie chodzę do kina często (parę razy do roku), a ztemu blogowi wiem co nieco o filmach w kinach :)
    Co do PS, że zacytuję "Zemstę": Co się dzieję, co się dzieje? XD

  • Gość: [wazon] *.dynamic.chello.pl

    Zawsze mnie zastanawialo, czemu w literaturze ludzie, korzy chca sie oderwać od codziennosci jada akurat do Indii ? Chyba trudno jest sie tak dalece przestawic , oni maja inne podejscie dozycia, inna kulture, inne zwyczaje.
    Teraz nie a propos - oglądalam wczoraj ( nie pierwszy raz) film "Inteligent w armii" ( "W wojsku ?") i utkwila mi w pamięci scena, w ktorej Danny DeVito pokazuje, jak męzczyzna, bez makijazu i przebieranek moze zagrac kobietę ( Chyba Ofelię). Jestem zauroczona i podrzucam zwierzowi temat - sceny, który utkwiły w pamięci.ale nie np. batalistyczne, tylko własnie prywatne).

  • Gość: [Ponura] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    A mnie od dawna nurtuje jedno pytanie - czy Tobie się w ogóle ostatnio jakiś film podobał? Bo co czytam Twoją recenzję, to zawsze jest mnóstwo ale. To naturalnie żaden zarzut, po prostu zastanawiam się, czy potrafisz jeszcze obejrzeć film dla samej przyjemności, bez doszukiwania się wad.

    Pytam, bo ja w książkach, które czytam w polskim przekładzie ostatnio widzę niemal same usterki i nie potrafię przestać ich zauważać

  • ratyzbona

    @Ponura - też się czasem nad tym zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że najczęściej mam do filmów więcej zastrzeżeń niż entuzjazmu i to od lat. Ostatnio bez zastrzeżeń podobali mi się Avengersi, z drobnymi zastrzeżeniami Iron Sky, na blogu pojawiła się entuzjastyczna recenzja Archipelago i Unrelated, wcześniej o Artyście czy Moim Weekendzie z Marylin. Ostatnio zwierz świetnie się bawił oglądając film Wild Target - ale go tu nie recenzował bo akurat nie był w kinie. To nie jest tak, że wszystkie filmy się zwierzowi nie podobają. Po prostu jest bardzo mało filmów po których zwierz nie mówi "ale" - tylko że tak było zawsze. A oglądanie filmu zawsze sprawia mi przyjemność. Wady widzę ale ich nie poszukuję.

  • Gość: [Ponura] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    To teraz nie rozumiem. Skoro jednak więcej filmów Ci się nie podoba, niż Ci się podoba, to jak oglądanie filmów może być przyjemne? Ja oglądam tylko te filmy, co do których jestem pewna, że mi się spodobają (pewnie dla tego oglądam tak mało filmów :D ), inaczej byłabym zła, że straciłam czas i jeszcze podirytowana tym, że film był głupi...

    Tak samo odkładam książki, które mi się nie podobają - większość jednak książek, które kupuję (nawet 90%) mi się podoba - bardziej lub mniej, ale zawsze. Nie czytałabym dla samego czytania...

  • ratyzbona

    Nie no fakt, że mam zastrzeżenia nie znaczy, że film mi się zupełnie nie podoba - trochę tak jak w tym przypadku - aktorzy dobrze grali, widoczki ładne, ale film miejscami nudny i przewidywalny - mogłam więc czerpać przyjemność jednocześnie widząc wady. Podobnie jeśli widzę, że książka ma tragicznie źle napisaną postać ale fabuła jest ciekawa to mam zastrzeżenia ale nie rzucam jej w kąt. Wydaje mi się, że moja relacja z oglądaniem filmu jest nieco inna niż twoja. Ja lubię oglądać filmy nawet jeśli mi się dany film nie podoba. Nie umiem tego do końca wyjaśnić, ale nigdy nie pomyślałam po seansie, że byłabym zadowolona nie widząc tego filmu. Poza tym ponownie - czasem warto pójść na coś innego bo może się okazać fajne. Zwierz nie wie, może jest dziwny. Ale zawsze chce obejrzeć film - no może z kilkoma bardzo ambitnymi wyjątkami

  • rusty_angel

    Wkurza mnie taki ageism z wprowadzaniem wątku dwójki młodych ludzi. Bo sentymentalny kolonializm jest jakiś łatwiejszy do przełknięcia, o nim mówi moje ulubione opowiadanie w "Sandmanie".

  • noida

    A czy zwierz wie, że Judi Dench niemal nie widzi? Mimo to gra w filmach i to świetnie. Zadziwiająca kobieta.

  • ratyzbona

    Zwierz właśnie przy pomocy Kindle kupił sobie jej autobiografię bo musi przyznać, że zawsze go interesowała nie tylko jako aktorka ale jako czlowiek. Jak zwierz przeczyta to podzieli się swoimi przemyśleniami :)

  • elka17

    A mnie się film bardzo podobał.
    I Indie są przedstawione nie tyle stereotypowo, co dobrze - genialnie pokazany chaos pierwszego zetknięcia :D I Jaipur naprawdę tak wygląda. Poza pałacem maharadży, muzeum i kilkoma wypicowanymi hotelami wszystko jest zaniedbane, ale kolorowe i fascynujące :D

  • elka17

    I jeszcze trochę przemyśleń. Film, oprócz oczywistości, zawierał Louise Brealey (Molly <3) oraz Harriet Jones, the prime minister. I odniesienie do Doktora. Jak mi się miał nie podobać?

  • ratyzbona

    @ela17 - w jakiej roli wystąpiła Louise Brealey ? Zwierz jej zupełnie nie widział na ekranie. Coś przegapił? Co do uwag kolonialnych - cóż zwierz nigdy w Indiach nie był więc nawet czekał na twoją opinię. Zwierz podejrzewa, że Indie mogą rzeczywiście wyglądać tak jak na filmie ale jego zdaniem także musiały tak wyglądać na filmie. Harriet Jones było trochę za mało w produkcji - trochę nie dopisana jest ta jej postać

  • elka17

    Była bardzo króciutko, na początku, w napisach wypatrzyłam jej nazwisko, jako "Hairdresser" ;) wcześniej mignęła mi znajoma twarz. Wybiorę się chyba jeszcze raz, to się przyjrzę dokładniej.
    Szukałam wczoraj zdjęć w sieci, ale mi nie wyszło. Ale w obsadzie figuruje, więc mi się nie przywidziała. www.imdb.com/name/nm1154764/

    Co do tego, że Indie tak wyglądają: właśnie dlatego trudno z tego robić zarzut w stosunku do filmu. Ja siedziałam na początku z wielkim krecikowym "joj" i uśmiechem. Bo mi się różne rzeczy przypominały :D

  • whitewestie

    O, skoro to o Indiach, to juz zaczynam szukac, czy jest do obejrzenia online :) Uwielbiam Indie. Dzieki za wzmianke o filmie.

  • whitewestie

    Podziwiam Zwierza, że doczekał do końca filmu. Ja nie dałam rady :(

Dodaj komentarz

© zwierz popkulturalny
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci