Menu

zwierz popkulturalny

ZWIERZ POPKULTURALNY PRZENIESIONY NA WWW.ZPOPK.PL

Jabłko zostało zjedzone czyli na marginesie Frankensteina

ratyzbona

 

Hej

 

Zwierz nie za bardzo wie, jak napisać recenzje z przedstawienia, które widział w kinie z tyloma czytelnikami (a właściwie kogo zwierz oszukuje – czytelniczkami ) bloga. Czym innym jest bowiem informować was o czymś nowym i świeżym, czym innym przedstawiać własny punkt widzenia na przedstawienie, które widziało się w szerokim gronie, niemalże czując oddech czytelników na plecach (choć zwierz  nie sugeruje, że ktoś kto za nim siedział ciężko dyszał). Stąd też trudno o porządną recenzję, w której wszystko zostanie opisane od A do Z a jeszcze trudniej o koherentną wypowiedź w której zmieszczą się wszystkie aspekty filmu. Potraktujcie więc poniższy film raczej jako uwagi do spektaklu czy przeniesione na papier( czy ekran) mentalne notatki czy uwagi na marginesach.

 

 Puszczenie nieodpowiedniej wersji wywołuje lekki face palm ale zwierz w sumie się cieszy, bo bardzo chciał zobaczyć spektakl w takiej obsadzie. Być może dlatego, że o obsadzie odwrotnej tyle się naczytał, że nie wiedziałby co myśleć.

 

 Tym, którzy są dziś na zwierzu po raz pierwszy lub czytelnikom nieregularnym zwierz tłumaczy, że był w Multikinie na pokazie sztuki Frankenstein granej dwa sezony temu w National Theatre w Londynie, i retransmitowanej dla ludzi upośledzonych geograficznie (wcześniej transmitowanej na żywo w ramach National Theatre Live). Sztuka ta retransmitowania jest warta bo pomijając że na scenie pojawił się Benedict Cumberbatch i Johnny Lee Miller to jeszcze reżyserował ją sam Danny Boyle. Tak więc nie trzeba się dziwić, że sztuka trafiła do rozpowszechnianego w całej Europie repertuaru teatru. Szkoda tylko, że Multikino, które zdecydowało się pokazać transmisję (super pomysł, więcej takich, jeśli pokażecie Sługę Dwóch Panów zwierz będzie przeszczęśliwy) popełniło karygodny błąd – reklamowano bowiem wersję w której Benedict Cumberbatch miał grać Monstrum zaś Johnny Lee Miller Frankensteina, tymczasem pokazano wersje z odwrotną obsadą (aktorzy wymieniali się w rolach głównych). Przyczyny takiej zamiany są jak na razie nie wiadome – zwłaszcza, że cała kampania reklamowa była skierowana na odwrotną obsadę (co jest logiczne bo Monstrum jest na scenie więcej, a fanek Cumberbatcha chyba też obecnie jest więcej) Zwierz nie jest zły (bo cieszy się że widział tą wersję) ale nie do końca dziwi się zawiedzionym widzom, którzy szli do kina na nieco inny spektakl.

 

 

 Naturalistyczna scena "narodzin" Monstrum to nie tylko znakomity popis aktorski, to moment kiedy rodzi się nasza sympatia wobec postaci. Sympatia, której nie podziela prawie nikt w sztuce

 

Przejdźmy jednak do naszych uwag. I tu pojawia się pierwszy problem. Otóż tym co najbardziej rzuca się w oczy jest pewna nieprzekładalność historii z książki Mary Shelley, na scenę. Z fragmentarycznej, rozciągniętej w czasie historii, wybrano tylko niektóre sceny, tworząc raczej ilustracje od powieści niż spójną opowieść (przy czym zupełne wyprano historię z elementów grozy pozostawiając jedynie szkic o istocie człowieczeństwa). Wielu wątków więc brakuje, nie wszystkie sceny łączą się ze sobą w logiczną całość i w sumie sztuka wymaga wcześniejszej znajomości oryginalnej historii doktora i jego monstrum. Jako punkt wyjścia reżyser i dramaturg przyjęli moment narodzenia się Monstrum co zmienia punkt ciężkości sztuki. Zamiast obserwować rozwój bohatera, który w zależności od interpretacji bawi się w Boga albo próbuje pokonać śmierć, widzimy rozwój jego nieudanej kreacji, z niej czyniąc postać pierwszoplanową (spektakl spokojnie mógłby nosić bardziej wieloznaczny tytuł Monstrum). Pierwsze sceny kiedy Monstrum rzuca się po scenie ucząc się stać i chodzić, a potem artykułować pierwsze dźwięki jest dla każdego aktora polem do popisu (pokazującym ile kontroli wymaga brak kontroli) ale dla widza to scena, kiedy zaczyna przywiązywać się do bohatera. Kiedy Monstrum staje na dwóch nogach to uświadamiamy sobie wysiłek jaki się z tym wiąże, kiedy niepewnymi krokami obchodzi scenę – radość jaka wynika  z pierwszych kroków (wszystkie uczące się chodzić dzieci wyglądają jakby robiły coś niesamowicie fajnego). Johnny Lee Miller, który zawsze wydawał się zwierzowi aktorem bardzo fizycznym , radzi sobie z tymi scenami (wymagającymi fizycznie i psychicznie) znakomicie i do końca sztuki jest w swojej niezborności absolutnie prawdziwy. Zwierzowi rzucił się w oczy fakt, że póki Monstrum jest samo na scenie, wszystko toczy się pozytywnym naturalnym torem, dopiero kiedy wchodzi stwórca – który na udany eksperyment reaguje przerażeniem i ucieka, pojawia się pierwszy sygnał tego co czeka monstrum – samotność i odrzucenie.

 

 

 Inscenizacyjnie sztuka jest zachwycająca - szkoda, że niekiedy siada dramaturgia, zwłaszcza przejścia między kolejnymi scenami czy właściwie ilustracjami. 

 

Dalsze sceny, które wiążą się ze sobą bardzo luźno, choć wizualnie przepiękne (wspaniała nieco steampunkowa lokomotywa,  subtelnie odmalowany wschód słońca, widok położonej na odludzi chatki) stają się jedynie ramą do aktorskiego popisu.  Jednocześnie co raz mocniej widać, że raj  jakim jawi się świat (cudowna scena wschodu słońca rozegrana przy minimum środków scenicznych) stworzeniu nowemu, nieświadomemu, nie znającemu zasad społecznych zostaje zniszczony ilekroć na horyzoncie pojawia się człowiek. Nienawiść, obrzydzenie, niechęć – wszystko to ma źródło w człowieku – nic dziwnego, że Monstrum polubi Raj Utracony Miltona – spotykając się co krok z dowodem na to jak niedoskonałą, przeżartą nienawiścią kreacją jest człowiek, zacznie kibicować równie odrzuconemu Szatanowi. Fakt, że zrozumienie znajdzie dopiero u ślepego uczonego jest wizją, która bez reinterpretacji wydaje się nieco zbyt prosta. Zwłaszcza, że co trzeba zaznaczyć, choć wszyscy określają bestię jako odrażającą i obrzydliwą, to charakteryzacja jest zaskakująco łaskawa – Johnny Lee Miller to nadal człowiek, może niezbornie się poruszający, może mówiący tak jakby dopiero uczył się słów (prawdę powiedziawszy to robi na zwierzu największe wrażenie, mówienie z taką artykulacją wydaje się niesłychanie trudne) ale jednak obrzydzenie jakie czują na jego widok ludzie wydaje się być niewspółmierne do tego co widzimy.  Chyba, że przyjmiemy, że reżyser chciał podkreślić iż ludzie rzeczywiście są skłonni odrzucać wszystko co inne.  Albo zwierz ma za mało plastyczną wyobraźnię, by spojrzeć na Monstrum oczyma tych, którzy je odrzucają.

 

 Szkoda że postać ślepego wykładowcy została potraktowana w sumie tak pobieżnie. Jest w tej postaci cała nadzieja dla gatunku ludzkiego, ale w sumie nic o nim nie wiemy (ze sztuki!)

 

Trzeba z resztą przyznać, że sztuka nie wystawia zbyt dobrej cenzurki ludzkości. Kiedy Monstrum mówi, że nauczył się kłamać, podkreśla jednocześnie, że to najważniejsza i swoista z ludzkich cech. Kiedy żąda podobnej mu żony i biada nad swoją samotnością to jednocześnie nie pozostawia nam złudzeń, że kiedy odejmie się ślepców, nie pozostaje mu nikt wśród żyjących kto chciałby go poznać i zrozumieć. Świat nie jest zły, to ludzie i społeczeństwa czynią go takim co więcej czując wyższość nad niewinnym przecież w chwili narodzin stworzeniem. Monstrum zaś jest podwójnie pokrzywdzone, bo choć może porozmawiać ze swoim  stwórcą, to ten  otwarcie nim gardzi i nie jest w stanie precyzyjnie określi co stało za jego potrzebą stworzenia nowego człowieka.  W dialogach z Frankensteinem Monstrum bardziej niż w innych scenach przypomina Adama wypędzonego z raju, któremu dana jest możliwość osobistego porozmawiania  bardziej ze stwórcą niż z ojcem. Jego frustracja gdy nie dostaje odpowiedzi na najważniejsze pytania (dlaczego stworzyłeś mnie niedoskonałym? Dlaczego się mną nie zaopiekowałeś?), lub gdy odpowiedzi jakich udziela Frankenstein są niewystarczające jest frustracją każdego człowieka zadającego pytania Bogu. Monstrum pyta dlaczego został porzucony i wzgardzony mimo, że jest udanym eksperymentem, my pytamy dlaczego mimo haseł o Boskiej miłości jesteśmy wciąż wystawiani na działanie zła i nosimy piętno grzechu. To spojrzenie oczyma Monstrum sprawia, że wszystkie jego zbrodnie bledną i stają się jedynie logicznym i spójnym skutkiem ludzkiej działalności i odebranej przez Monstrum edukacji. Szkoda. Czyni to z niesłychanie niejednoznacznej postaci (Monstrum niesie śmierć i zniszczenie przede wszystkim niewinnym) postać zdecydowanie jednowymiarową. Monstrum jest tu ofiarą, która się mści wedle zasad morderczej logiki (zdanie w którym tłumaczy, że zabił brata Frankensteina bo to jedyny sposób by twórca przyszedł na spotkanie jest przerażające bo logiczne). Zło jest w nim nie obudzone tylko zaszczepione.

 

 

 Bliskość stwórcy i stworzenia zawsze jest tylko pozorna w istocie zawsze jest to granica nie do przeskoczenia, nawet jeśli wydaje się, że porozumienie leży tylko na wyciągnięcie ręki

 

Trudno się z resztą dziwić. Potworem jest w tej sztuce Frankenstein. Oziębły, zdystansowany  nie rozumiejący społecznych norm. Choć doskonale prezentujący się w strojach z epoki i znający społeczne konwenanse, to jednak równie oddalony od tego co zwykłe i normalne, jak jego odziany w łachmany stwór.  Z resztą okrzyk przerażenia na widok własnego „potomstwa” pada w sztuce zarówno z ust samego Frankensteina jak i jego ojca – obaj stworzyli coś koszmarnego. Frankenstein eksperymentując, jego ojciec nie dostrzegając w procesie wychowania, że ukształtował mu się człowiek nie znający miłości. No właśnie – tym co oddziela Frankensteina od Monstrum jest miłość. Frankenstein nie zna miłości – nie rozumie jej funkcjonowania, wydaje się że nawet pożądanie jest u niego czymś obcym dalekim, drugorzędnym wobec pasji tworzenia czy raczej poznania. Pytając o iskrę życia, o początek istnienia koncentruje się na przechodzeniu od życia do śmierci, jakby zapominał, że iskra życia zapala się gdzie indziej (wydaje się jednak by szukać początku życia musiałby się zwrócić ku uczuciu i poczęciu co w ogóle go nie interesuje). Jest genialny (ludzie go nudzą, szkoła go nudziła) ale butny i pyszny. Ignoruje swoją ukochaną, korzysta z niej jak z żywej przynęty i gardzi jej emocjonalnością (i ogóle wszystkim co kobiece).  W sztuce nie wiemy dlaczego jego obsesją jest próba pokonania śmierci – nie ma wątku syna, który traci ukochaną matkę, zamiast tego mamy młodego uczonego pragnącego zastąpić niewiadome wiadomym, obliczalnym i do odtworzenia. W świecie Frankensteina uczucie jest przeszkodą, tą nieobliczalną częścią równania, która może prowadzić jedynie do tragedii. Jego nieodpowiedzialność wynika nie tylko z e strachu ale właśnie z braku uwzględnienia w swoich obliczeniach tego co konstruuje zdaniem reżysera człowieczeństwo – pragnienia kontaktu, miłości, pożądania. Pod tym względem Monstrum okazuje się bez porównania bardziej ludzkie. Może nie mówi i nie chodzi idealnie, ale to ono w tej sztuce tłumaczy czym jest miłość, komuś dla kogo cały koncept wydaje się zupełnie nie zrozumiały.

 

 

 Frankenstein to najmniej ludzka ze wszystkich postaci w sztuce. Jest oderwany od życia, nie rozumie miłości ale nad swoim stworzeniem czuje wyższość wciąż nie rozumiejąc, że nie tyle osiągnął naukowy sukces co stworzył życie.

 

Symbioza obu tych postaci jest oczywista i podkreślona pod koniec – jeden nie może żyć bez drugiego.  Stwórca nie może istnieć bez swojego stworzenia, stworzenie nie jest w stanie uwolnić się od stwórcy. Trochę w tym łopatologii przypominającej zdanie z Małego Księcia, że trzeba być odpowiedzialnym za to co się oswoiło, trochę pytań o tą boską iskrę , mnóstwo pytań o naturę człowieczeństwa plus oczywisty konflikt stwórcy z podmiotem własnego stworzenia (oraz pretensji o porzucenie w strasznym świecie przez tych, którzy powinni się nami opiekować). Nie bez powodu Frankenstein ma pod tytuł nowy Prometeusz – akt stworzenia – zwłaszcza niedoskonały zawsze mści się na stwórcy zwłaszcza niedoskonałym. Sztuka sugeruje, cytując Beatlesów, że „All you need is love” ale z drugiej strony miłość na tej bosko-ludzkiej  linii nigdy nie jest równa.  A nawet jeśli zdarza się miłość równa – jak w przypadku ślepego naukowca i jego syna (który jak podkreśla profesor opiekuje się rodzicem tak jak rodzic kiedyś opiekował się nim), to przecież nie oznacza to, że nasze życie zostanie pozbawione cierpienia. Nie jest przecież do końca pewne czy Monstrum, które tak szybko uczy się zabijać i kłamać rzeczywiście wyrosłoby na szlachetną jednostkę gdyby Frankenstein obdarzył je uczuciem. Sztuka stawia więc sporo pytań, ale odpowiedzi daje nieco zbyt proste, każąc wierzyć, że człowiekiem jest ten kto kocha i otrzymuje miłość, zaś Monstrum ten kto uczucia nie rozumie i nie umie im obdarzać. Szkoda, że cały czas ma się wrażenie, że to rozwiązanie zbyt proste. Podobnie podejmowany na marginesie dyskurs na temat naukowego podejścia do kwestii życia, jego istoty i tajemnicy. Zwierz cały czas miał wrażenie, jakby sztuka zamiast być jedynie przestrogą by nie eksperymentować bez serca i bez myślenia o konsekwencjach, odcinała się od ludzkich prób sięgania po boską iskrę. Szkoda bo w sumie więcej tu miejsca na bardziej wieloznaczną i aktualną dyskusję. Zwłaszcza, że jesteśmy przecież bliżej osiągnięć Frankensteina niż kiedykolwiek przedtem. Być może na niekorzyść działa tu odcięcie pierwszej części gdzie poznajemy Frankensteina zanim stworzył swojego potwora.

 

 

 Zwierz nie wie czyj to gif ale jest w nim absolutnie zakochany (znalazł na tumblr) i właściwie dobrze pokazuje owe przenikanie się dwóch postaci.

 

Czym więc jest Frankenstein? Znakomicie zagraną średnią sztuką. Johnny Lee Miller jest znakomity jako Monstrum, choć spora część widzów była poważnie zawiedziona widząc go na ekranie w tej roli (zapowiadano jak już zwierz wspomniał Benedicta) to zwierz się cieszył.  Wszystkie recenzje podkreślały, że z dwóch ról Miller zdecydowanie lepiej wypadał jako Monstrum. Tu nie tylko jest znakomity w tej roli którą dostał, ale przede wszystkim nie jest średni w tej której nie grał. Zwierz jest bowiem przekonany, że sztuka ma najsilniejszy przekaz kiedy obie role są zagrane równie mocno i wyraziście (zwierz widział odwrotną wersję w sporych fragmentach). Niektórzy skarżą się, że Benedict Cumberbatch w roli zimnego nie znającego uczuć naukowca to dla nich powtórka z rozrywki. Ale zwierz w przeciwieństwie do wielu widzów wcale nie widział na scenie Sherlocka (zwierz cieszy się że jego mózg pozwala oddzielać aktorów od ich poprzednich ról), widział natomiast dość często, ślady tego, że aktorzy wymieniali się rolami – z Frankensteina Benedicta zaskakująco często „wychodziły” ruchu Monstrum. Niemniej Cumberbatch swoją rolę gra doskonale – od szaleństwa człowieka opętanego swoją wizją, po całkowite niezrozumienie ludzkich emocji, gdy przygląda się swej ukochanej i nagle ze spojrzenie mężczyzny wyznającego narzeczonej, że jest piękna zmienia się w oko naukowca, który owo piękno pragnie odtworzyć w swoim eksperymencie to jest to naprawdę wyśmienite aktorstwo. Oczywiście, zwierz chciałby zobaczyć Benedicta jako Monstrum ale cieszy się, że zobaczył sztukę tak wyważoną.

 

 Elizabeth narzeczona Viktora to jedna z niewielu postaci starająca się zrozumieć Monstrum. Szkoda tylko że to postać ledwie naszkicowana, zaś jej los wydaje się być nam w pewnym stopniu obojetnym

 

Zresztą nikogo chyba nie zdziwi, że sztuka ożywa najbardziej w scenach gdy Monstrum i Frankenstein stają twarzą w twarz. Dynamika pomiędzy Cumberbatchem i Lee Millerem jest zachwycająca, widać że obaj znają obie role na wylot do tego stopnia, że ich dialogi tracą charakterystyczny teatralny rytm i zaczynają zamieniać się w prawdziwe rozmowy, wymiany argumentów, specyficzny balet sztywnych manier i nieokiełznanej siły życiowej. Szkoda tylko, że wszyscy inni aktorzy grający w sztuce tak bardzo odstają od tego poziomu. Denerwuje zwłaszcza aktor (George Harris) grający ojca Frankensteina – teoretycznie powinna być to postać ważna rzucająca nową perspektywę na naszego bohatera – w rzeczywistości jest to bardzo nie udana, sztuczna rola i… co zwierz dodaje ze wstydem – zdaniem zwierza obsadzanie czarnoskórego aktora w roli ojca bielutkiego jak śnieg Cumberbatcha trochę mąci. Zwierz wie, że taka jest zasada teatrów angielskich (skoro gramy wyobraźnią to przeskakujemy na kolorem skóry) ale zwierz miał z tym jednak trudności.  Z kolei Elizabeth, która ma tu reprezentować to czego Viktor nie rozumie – czyli bezgraniczną miłość (oraz otwarte serce z którym podchodzi do Monstrum) jest postacią jakby nie do końca napisaną, w jednej scenie domaga się od Viktora równego traktowania, w drugiej domaga się od niego tuzina dzieci. Nie to żeby zwierz nie wierzył w  kobiety pragnące nauki i potomstwa – ale wydaje się, że z jednej strony chciano na jej przykładzie pokazać niechęć Frankensteina do kobiet i brak zrozumienia dla ich umysłu, z drugiej uczynić z Elizabeth personifikację  kobiecych cech w tradycyjnym rozumieniu – dobra, ciepła, współczucia. Ostatecznie więc wyszła postać bardzo naszkicowana i mimo stań Naomie Harris bardzo płaska i niewiele nas obchodząca. Właściwie z reszty obsady wyróżnia się tylko Karl Johnson, w roli niewidomego profesora, który podsuwa Monstrum Raj Utracony Miltona i Żywoty Cezarów – idealny zestaw lektur by wykształcić kogoś na istotę, która ludzkość kojarzy z chęcią zemsty.  Z resztą profesor to postać, która zdaje się odgrywać w sztucę tą rolę dobrego ojca stwórcy, który tłumaczy Monstrum świat ale nie do końca. Pierwsza przyczyna, odpowiedź na najważniejsze pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi. Nim bohater dojdzie do samego źródła wiedzy, zostaje z tego raju poznania wypędzony.

 

 

 

 

 Mimo niewątpliwych wad, całość jednak się broni. Być może fakt, że na pewne pytania odpowiada prosto skłania do myślenia jeszcze raz nad ich treścią, do szukania niuansów, podpowiedzi, tropów. Zwierz czekał co prawda na jakieś zaskoczenie, ale jego brak sprawił, że więcej stara się wycisnąć z tego co dostał. Poza tym sztuka tak dobrze zagrana, nie jest w stanie wyparować z umysłu. Można kręcić nosem na jakość niektórych dialogów ale  ostatnia scena Monstrum z Frankensteinem wzrusza. A puenta? Przez całą sztukę nad sceną unosi się przepiękna instalacja z setek żarówek, która rozbłyska większym i mniejszym światłem. Czyżby to był ów niemy Bóg, owa iskra życia, gwiezdna chmara skąd bohaterowie czerpią nadzieje i inspiracje. W chwili narodzin Monstrum rozbłyska jasnym blaskiem, mieni się gdy Frankenstein mówi o potrzebie stworzenia piękna i poszukiwania doskonałości. Rozjaśnia mrok nadzieją życia, stworzenia, perfekcji. Gaśnie w scenach cierpienia i rozpaczy. Tam gdzie wkrada się ludzka rzeczywistość. Gdy bohaterowie znikają ze sceny, po  ukłonach aktorów zostajemy z ostatnią wizją tych dziesiątek nie zapalonych żarówek. Boska iskra może rozbłysnąć, ale niczego więcej nie należy się spodziewać. Jabłko zostało zjedzone.  Nowego Raju już nie będzie.

 

Ps: Zwierz korzysta z określenia Monstrum a nie istota ponieważ słowo Monstrum bardziej mu się podoba a przede wszystkim jakoś tak przywykł myśleć o stworzeniu Frankensteina.

Ps2: Muzyka w sztuce jest absolutnie genialna, podobnie jak minimalizm inscenizacyjny i zwierz uważa, że największym plusem transmisji był fakt, że można się było cieszyć wielkimi ujęciami z góry na których widać było całą scenę. A i warto dodać, że sztuka jest miejscami bardzo śmieszna.

Ps3: Spotkanie i wino po seansie było bardzo, bardzo fajne ale i tak najbardziej surrealistycznym przeżyciem był moment w którym ktoś rozpoznał zwierza z daleka. Jeśli zwierz zachował się dziwnie to przeprasza.  Nie często mu się to zdarza.

Ps4: Zwierz wie, że drugi sezon The Hour kończy się  strasznie dramatycznie więc jutro chyba będzie o tym.

 

 

Komentarze (30)

Dodaj komentarz
  • elka17

    Zwierzu. Jak to nie recenzja, jak to luźne uwagi?

    Recenzja pełną gębą.

    Mnie zastanawia, jak to możliwe, że odczucia tak wielu osób w stosunku do tej sztuki są właściwie identyczne. Piszemy różne słowa, ale treść z nich wynikająca jest ta sama.
    Tak, ta wersja jest lepsza jako całość. Tak, obaj odtwórcy głównych ról byli znakomici (nie dostaje się za nic ESA, a zwłaszcza Olivier Award, a dostali je obaj). Tak, Karl Johnson jest wspaniały. Tak, George Harris jest straszny. Tak, obsadzenie czarnoskórego aktora w roli ojca białoskórego mężczyzny z czarnoskórą narzeczoną jest mylące. Tak, rola Elizabeth jest niedopracowana, a szkoda. Tak, bywa, że sztuka śmieszy - czasem celowo, czasem chyba nie do końca. Tak, są lui w scenariuszu, ale tak - to wszystko blednie wobec wykonania, inscenizacji, światła i muzyki.

    Ja jestem całkowicie bezbronna wobec tego przedstawienia. I będę na nie chodziła, kiedy tylko będą powtarzać, jeśli to zrobią (BTW,wpis ninedin uświadomił mi, że jednak wczoraj nie był mój dziesiąty raza z tą sztuką - na encore screening do Krakowa w końcu nie pojechałam).

    Dziękuję wszystkim za cudowny wieczór!

  • ninedin

    Elka (i Zwierz): Nic dodać, nic ująć.

  • sepulkaa

    Zachwycać się tu nad spektaklem nie będę, bo zajęłoby to zbyt dużo miejsca (i czasu), wspomnę tylko, że przez pierwsze 20-30 minut przedstawienia siedziałam jak zahipnotyzowana; brawa dla Millera.

    Za to popolemizowałabym z krytyką Georga Harrisa. Owszem - tatuś Victora zagrany jest w koszmarnie sztuczny sposób, do tego stopnia sztuczny, że aż wierzyć mi się nie chce, że ta sztuczność NIE jest celowa. Zwłaszcza, gdy spojrzeć na tę kreację jak na ładną paralelę: ojciec - Victor, Victor - stworzenie (a chyba jest to uprawnione spojrzenie w kontekście ostatnich słów ojca o swoim symu: "I failed", dokładnie to samo mówi Victor o swoim "dziecku"). Podobnych nawiązań jest jeszcze sporo, dlatego będę tej kreacji aktorskiej twardo bronić. :)

    Plastyczność spektaklu jest uderzająca, ale tu też już Zwierz powiedział większość z tego, co było do powiedzenia. No i ta kopia fresku z Sykstyny w ostatniej scenie (podejrzewam, że nie bez powodu Zwierz wkleił właśnie to zdjęcie?) - doskonałość. Bo kto w tym obrazku jest Adamem, a kto Bogiem, hm? No właśnie.

    PS: Guglam, guglam, ale zguglać nie mogę: ktoś wie, czy współpraca Multikina z British Council jest stała, czy jednorazowa? I czy gdzieś można obejrzeć wersję "b" spektaklu?

  • elka17

    @sepulkaa - czy współpraca jest jednorazowa usiłowałam się od Multikina dowiedzieć, odkąd poszła w eter wiadomość o spektaklu. Milczą, jak zaklęci.

    Nie tylko kopia fresku Michała Anioła. Steampunkowy pociąg to kopia Turnera. upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/35/Rain_Steam_and_Speed_the_Great_Western_Railway.jpg

    I podejrzewam, że takich plastycznych nawiązań było więcej, tylko moja ignorancja w tej materii nie pozwoliła mi ich wychwycić.

  • ratyzbona

    @Elka17@Sepulkaa - co do nawiązań jestem pewna że na śianach chatki byłby bardzo ważne obrazy ale niestety za bardzo konenctrował się zwierz na aktora by się im przyjrzeć

  • ginny22

    Możliwość zobaczenia tego spektaklu i to możliwość zobaczenia go (i przegadania) w takim gronie to już naprawdę pełnia szczęścia oraz przyspieszona o 11 dni Gwiazdka. Jeszcze teraz czuję energię płynącą z wczorajszego wieczoru.
    A odczucia wobec spektaklu mam zadziwiająco podobne. Te pierwsze sceny, z nauką chodzenia były tak przejmujące, tak świetnie zagrane, tak wzruszające. A Benedict nie kojarzył mi się z Sherlockiem (choć, oczywiście, pewne kwestie rodziły skojarzenia), bo też grał Victora inaczej, innymi środkami. I też, jak słusznie zauważyła Ninedin, jego Victor prędzej dogadałby się z Moriartym.

  • Gość: [Ysabell] *.lodz.mm.pl

    Tym razem się ze zwierzem rozmijam w sądach, chociaż w Warszawie i Łodzi puścili to samo. Do ostatniej chwili zresztą byłam nastawiona na BC jako Creature i strasznie mnie dziwiło, że w tym dokumencie na początku było odwrotnie.

    Ale do rzeczy. O samym przedstawieniu nie wiedziałam praktycznie nic, poza tym, ze dobrze zagrane, więc patrzyłam bez żadnych oczekiwań.

    Przede wszystkim bardzo nie lubię nowoczesnego teatru, tych różnych minimalizmów dekoracyjnych i tarzania się po scenie, więc pierwsza scena mnie przeraziła, ale raczej wizją, że tak już będzie do końca. Nie podobał mi się początek, ani scena z lokomotywą, a kolejne już coraz bardziej. Kiedy pojawiło się wyciemnianie połowy sceny w scenach z domkiem na pustkowiu (a potem genialny pożar), zaczęłam podziwiać całość od strony technicznej i to mi zostało do teraz.

    W samej sztuce szalenie mi się podobało falowanie emocji i świetnie wpleciony humor, który pozwalał nieco odetchnąć (wydawało mi się, że to humor całkowicie zamierzony,). Tekst był bardzo dobry, a najbardziej przypadły mi do gustu cięcia i układ tych scen, które nazywasz zwierzu obrazkami. Jak dla mnie były właśnie idealne i nie wydaje mi się, żeby historia była nieczytelna, jeśli się nie czytało Mary Shelley -- przeciwnie, jak dla mnie było to piękne właśnie dlatego, że nieprzegadane.

    Aktorsko było genialnie, ale jednak Miller mnie tak do końca nie porwał. Za bardzo był w swojej roli niespójny -- w niektórych momentach niemal całkowicie wyłączały mu się ruchy Creature, żeby potem się nasilić, czasem miał mnóstwo tików, zaraz potem -- wcale i jakoś nie zawsze mi to współgrało z treścią sztuki. Ale żeby nie było -- doceniam go bardzo, chociaż Camberbatcha trochę bardziej. Zresztą podobała mi się też bardzo gra całej reszty obsady, włącznie z Elisabeth i ojcem Victora (dla mnie fakt, że wszyscy w rodzinie i narzeczona byli czarnoskórzy pozwolił jeszcze piękniej pokazać jak bardzo Victor się od nich różni).

    Końcówka niezbyt mi się podobała. Po finale w domu ten epilog na biegunie był chyba dla mnie nieco zbyt łopatologiczny. To całe "jesteśmy jednym" i "jeden z nas nie może żyć bez drugiego". No nie wiem. Mąż mój zwrócił jeszcze uwagę na fakt, że mamy tu figurę naukowca, który jednak ostatecznie zawsze podąża za swoim dziełem, które czasem go niszczy, a czasem ratuje. Ja zobaczyłam głównie to, że z niedorosłego i bardzo szczeniackiego przez całą sztukę Victora wyrósł wreszcie dorosły i świadomy człowiek. Ale nadal nie wiem, czy epilog nie był trochę "za bardzo".

    A cała sztuka wcale mi się nie wydała średnia. Jak na współczesną przeróbkę wydała mi się bardzo dobra, tyle że w swojej klasie, Bo dla mnie to jest po prostu sztuka rozrywkowa -- taka na którą warto poprowadzić dzieciaki z liceów i nie dość, że nie powinny się zanudzić, to nawet mogłyby zacząć myśleć. Chciałabym, żebyśmy u nas mieli więcej takiego właśnie teatru...

    I tym optymistycznym akcentem... A, nie, bo nie napisałam, że światło było genialne. Muzyka jak cię mogę, ale światło naprawdę wspaniałe. Dla samej tej konstrukcji z żarówek warto było to obejrzeć.

  • fabulitas

    Moja notka o Frankensteinie będzie się pisała wieczorem, bo wczoraj nie byłam w stanie (nienawidzę Abi Morgan, kocham Abi Morgan, BBC why), a teraz muszę się wybrać na gwiazdkowe zakupy. Ze zwierzową recenzją zasadniczo się zgadzam.

  • ratyzbona

    @fabulitas - jak pisałam na Fb - dobrze że najpierw napisałam wpis a potem obejrzałam ostatnie odcinki The Hour. U mnie dokładnie te same uczucia. Pustka, cierpienie i miłość powiązana z nienawiścią (wpis jutro jako ochłonę)

  • Gość: [Dzidka] *.scansafe.net

    Ja oczywiście nie startuję z fachową recenzją, bo się na tym nie znam (no i od czegóż mamy Zwierza), ale pozwoliłam sobie dzisiaj rano, po odzyskaniu dostępu do kompa, spłodzić małą nocię psychofańską:

    dzidudzidu.blogspot.co.uk/2012/12/benedict-frankenstein-czyli-to-nie-tak.html

    Jeszcze raz dzięki za wczoraj, dziewczęta :)

  • elka17

    @Ysabell - to, co pisałaś o czarnoskórej części obsady sprawdziło się w tej wersji, ale nie było to raczej zamierzone. Rolę Williama grało trzech chłopców, z czego tylko jeden był czarnoskóry. W wersji nagranej z Benedictem jako Creature byś tego nie zobaczyła. W przedostatnim przedstawieniu zaś rolę Elizabeth grała Lizzie Winkler - aktorka, która w tej wersji grała Agathę.
    Twoja interpretacja jest bardzo fajna, ale niestety nie była intencją twórców. może szkoda.

  • Gość: [Ysabell] *.lodz.mm.pl

    @elka17 -- ale ja nie mówię, że to była intencja, tylko że ładnie wyszło. :)
    A jeszcze bardziej by mi się podobało, gdyby William był biały, bo do tego też mam wymyśloną interpretację (Victor jest jak dziecko). ;)

  • elka17

    To trzymamy kciuki, żeby Multikino się poprawiło i wyemitowało obiecaną wersję :D

  • sepulkaa

    @elka17 Tak, na mojego maila też od kilku dni nie odpowiadają. Może by ich tak zasypać tymi mailami, może gdy im się skrzynka zapcha, zauważą? ; )

    Co do obrazków na ścianach chatki - też się nad nimi zastanawiałam, ale do niczego nie mogę przypiąć tej japońskiej stylistyki.

  • elka17

    Właśnie dostałam odpowiedź od Multikina - są w trakcie wyjaśniania sprawy z dystrybutorem kopii cyfrowej. Przyznam się szczerze, że nie liczyłam na tak szybką reakcję. Brawa dla Multikina za PR. Oby tylko pokazali drugą wersję ;)

  • Gość: [Dzidka] *.scansafe.net

    Oby :)

  • Gość: [Majka] *.adsl.inetia.pl

    Kurcze, aż wstyd mi się przyznać, ale nie zauważyłam tych nawiązań do malarstwa, chociaż teraz wydają się oczywiste... ten rysunek/grafikę na domku też przez chwilę próbowałam rozgryźć, ale wolałam skupić się na tym co się dzieje na scenie.

  • Gość: [Serathe] *.i07-26.onvol.net

    Trzymam kciuki, żeby pokazali u was drugą wersję, moim zdaniem dopiero po obejrzeniu obu ma się możliwość porównania i porządnej oceny. I niby ta odwrotna jest mniej wyważona, bo tam Monstrum zdecydowanie wysuwa się naprzód. Czy ja dobrze kojarzę, czy w Polsce tylko pierwszy screening miał obie wersje tydzień po tygodniu, gdzieś w marcu, a wszystkie następne twardo ciągnęły tę właśnie puszczoną?

  • elka17

    Nie. Tej wersji puszczanej wczoraj w polsce nie było. Screeningi były 17 marca i 2 kwietnia 2011, oraz w czerwcu tego roku. Wszystkie w wersji z Benedictem jako Creature.

  • Gość: [wazon] *.dynamic.chello.pl

    Nie widzialam, więc mogę tylko powiedzieć, że to już nawet nie tylko recenzja, ale esej.I to bardzo interesujacy. Mialam czas go przeczytać, bo mam do niedzieli zepsuty telewizor i muszę sobie przypomnieć, jak w ogóle zyc bez TV. Czlowiek sie nieslychanie rozpuszcza !

  • redezi

    Moje odczucia są inne, ale są zbyt długie na komentarz. Więc wrzucam recenzję.
    kriegspielen.wordpress.com/2012/12/14/modernizacja-romantycznosci/#more-787

  • Gość: [ratyzbona] *.polityka.com.pl

    @redezi - czytałam i muszę powiedzieć że bardzo mi się podoba mimo różnicy spojrzeń

  • Gość: [Emalia] *.dynamic.chello.pl

    Zgadzam się z Ysabell- nie czytałam sztuki, nie oglądałam nigdy żadnej ekranizacji a jednak nie miałam poczucia, że nie rozumiem co się dzieje [prawie].
    a propos obrazów ukrytych w różnych miejscach- wydawało mi się, że na dachu chatki był jakiś fragment z Blake'a; tylko tak się zastanawiam jaki w tym sens? czy od razu było wiadomo, że spektakl będzie transmitowany i to było przygotowane pod widownię kinową czy może w NT balkony są tak wysoko, że to było widoczne również dla widzów teatralnych? [którym ogromnie zazdroszczę].
    i nie do końca zgadzam się z tym co napisałaś, drogi zwierzu, o niedoinformowaniu w kwestii przyczyn, dla których Frank. w ogóle zabiera się za manipulowanie życiem i śmiercią- ktoś wygłasza jedno, zdaje się, zdanie o zmarłej matce Victora i moim zdaniem to wystarczyło.
    Ale jednak byłam w kilku momentach zdezorientowana; pierwszy- naturalnie wtedy gdy Monstrum okazało się być JLM a nie BC; drugi- nagłe przejście z dokumentu o Frankesteinie do samej sztuki (jeszcze z zamianą aktorów, przez dłuższą chwilę nie byłam pewna co właściwie oglądam) no i trzeci, w którym zgadzam się z Tobą-przynajmniej pierwsza część spektaklu jest strasznie pociachana. w którymś momencie zaczęłam się zastanawiać czy Multikino nie ograbiło mnie przypadkiem z części przedstawienia prezentując tylko wybrane fragmenty.
    Jeśli chodzi o aktorów faktycznie, ani Elizabeth ani ojciec Victora nie wydali mi się specjalnie wiarygodni. JLM kapitalny, BC... ciągle nie umiem go oficjalnie [w duchu] uznać za dobrego aktora, mam wrażenie jakby Sherlock był jedyną rolą, w której jest inny niż w pozostałych i w której nie widać pod postacią aktora.
    muzyka genialna, to co się dzieje ze światłem to zupełny odjazd.

  • elka17

    Z balkonu w Olivier Theatre wszystko widać genialnie, nawet z połowy parteru - teatr jest dość stromy.

  • justinehh

    Ja po tym podwójnym seansie parę miesięcy temu jeszcze długo zbierałam szczękę z podłogi. Ale bardziej wolę wersję z Benem jako Stworem, Jonny jakoś mnie nie do końca przekonuje ( jako Victor jest lepszy, bardziej spójny. No i te żarówki...
    Jeśli ktoś się czuje ograbiony, to całość trwa o ile dobrze pamiętam 127 minut...

  • elka17

    Wszystko było w naszej wersji. Sztuka trwała różnie, w zależności od konceptu aktorów :D
    Benedict odrobinę dłużej tarza się po scenie, na przykład. Ale wczoraj wszystko było.

  • milennn

    czas świąteczny to nie jets dobry czas na wydawanie kasy na teatr, kiedy trzeba wydać na prezenty, wiec niestety nie poszłam wczoraj do Multikina na prawdziwą ucztę, ale mam nadzieję, że skoro się prężnie zabraliście do pracy i powysyłali maile do Multikina z reklamacją (wg mej siostry to możecie nawet otrzymać zwrot pieniędzy), to może za jakiś czas pojawi się kolejna szansa na obejrzenie u nas tej sztuki - wtedy na pewno pójdę.
    Co do The Hour, to ręce opadają... BBC! święta idą! jak można tak człowieka psychicznie zniszczyć?!

  • elka17

    Nie ma takiego czasu, który nie jest dobrym czasem na teatr. Zwłaszcza taki. :P

  • ginny22

    Też tak uważam i traktuję ten bilet do kina jako prezent dla samej siebie :)

  • justinehh

    No właśnie obejrzałam ten ostatni odcinek The Hour i teraz zbieram szczękę z podłogi...

Dodaj komentarz

© zwierz popkulturalny
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci