niedziela, 20 maja 2012
O zbawiennym wpływie niepewności czyli Mroczne Cienie jako film komfortowy
Hej
Zwierz musi wam wyznać swoją ogólną teorię sztuki filmowej i nie filmowej. Otóż niektórzy twierdzą, że dobra sztuka bierze się z cierpienia. Brzmi dobrze ale z drugiej strony nie zawsze się sprawdza bo co zrobić z tymi zastępami, którzy cierpieć nie chcą i nie muszą a dostarczają dobrej sztuki czy rozrywki na naprawdę wysokim poziomie. Tym co zdaniem zwierza napędza – no dobra może nie sztukę – ale dobrą rozrywkę zafunduje wam niepewność. Niepewność, która wiąże się z tym, że aktor nie wie czy na pewno dogada się z reżyserem, reżyser czy na pewno nakręci to co spodoba się widowni, widowni czy twórcy podołają zadaniu jakiego się podjęli. Ta niepewność sprawia, że aktor nie czuje się komfortowo tylko musi ciągle się starać i eksperymentować, niepewność sprawia, że reżyser poprawia swój film cały czas mają w głowie widza, który w końcu czeka aż jego niepewność zostanie rozwiana. Im więcej tej niepewności tym lepsza rozrywka. To mówiąc zwierz musi stwierdzić, że Mroczne Cienie to jeden z najbardziej komfortowych filmów jakie zwierz widział. I jak może się domyślacie z powyższego wstępu – nie jest to komplement.
Zwierz pamieta kiedy pierwszy raz zobaczył to zdjęcie w internecie ( promujące Dark Shadows jako pierwsze) i pomyślał, że to może być taki dobry film.
Zacznijmy od reżysera czyli Tima Burtona – jego nadmierna pewność siebie wynika z tematyki filmu – duchy, wampiry, mroczne stare rodzinne siedziby, klątwy i retro stylistyka? No nie mówcie, że Burton nie potrafi tego zrobić. Problem polega na tym, że chyba sam reżyser uwierzył w to, że nawet nie mając zbyt dobrego materiału potrafi z tych elementów zrobić dobry film. A nie potrafi. Mroczne Cienie są zbiorem slajdów słabo łączących się w spójną historię. Tu mamy posiadłość z duchami, tam dysfunkcyjną rodzinę, gdzie indziej krewnego wampira. Wszystko teoretycznie bardzo Burtonowskie ale zupełnie bez ikry. Trochę tak jakby reżyser Edwarda Nożycorękiego zapomniał, że potrafił nakręcić obraz, w którym przerażające były pastelowe domy na idealnych amerykańskich przedmieściach a zaufanie budził ni to człowiek ni to robot z nożycami zamiast rąk. Jakby nie on nakręcił Gnijącą Pannę Młodą gdzie trupy i kościotrupy stanowiły sympatyczną kompanię zupełnie inną od bladych żywych. W Mrocznych Cieniach kompletnie brakuje tego ciekawego rysu jego stylu – wszystko jest na swoim miejscu – sympatyczna i delikatna dziewczyna ubiera się w ładnie skrojone „grzeczne” ubrania, zaś zła wiedźma chodzi w prowokacyjnej czerwonej sukience. A przecież dlatego lubiliśmy świat Burtona, że u niego zazwyczaj było na odwrót. Z resztą groteskowość jego filmów działa jedynie wtedy kiedy jest „swoista” kiedy zaś Burton próbuje podpiąć pod swój styl kiczowate ze współczesnego punktu widzenia lata 70 – nagle wszystko traci styl i smak.
Niby wszystko się zgadza - jest trochę groteskowo, trochę śmiesznie, trochę mrocznie ale takie to wszystko strasznie bez duszy
Co więcej wydaje się, że trochę jak w przypadku Alicji w Krainie czarów Burton choć zebrał świetną obsadę nie za bardzo wie jak ją wykorzystać. Helena Bonham Carter choć przecież wszyscy wiemy, że doskonała w graniu wszelkiego rodzaju dziwnych istot, ma tu role tak bezpłciową, że niemal żal jej dla takiej aktorki. Jej teoretycznie zabawna postać psychiatry ze skłonnością do alkoholu wypowiada na ekranie jedno śmieszne zdanie. To przykre biorąc pod uwagę, że teoretycznie sama postać ma potencjał. Z kolei grająca matkę rodu Michelle Pfeiffer prezentuje zaskakująco wiele sposobów schodzenia po schodach ale właściwie na tym opiera się cała jej rola. Z kolei młodziutka Chloë Moretz stroi bardzo wyzywające miny, które nieszczególnie przypadły zwierzowi do gustu bo aktorka wydaje się być za młoda na takie zachowanie na ekranie. Może tylko zwierz jest jakiś pruderyjny ale było w tej grze coś odrobinę za bardzo wyzywającego. Jak zwykle kompletnie nie wykorzystaną aktorka jest Eva Green bo 90% filmów, w których się pojawia uznaje, ze skoro aktorka jest dość obiektywnie piękna to wystarczy jedynie pokazywać jej szczupłą figurę i długie nogi i jakoś to będzie. Pół biedy kiedy gra np. ukochaną Bonda i ma właściwie tylko dobrze wyglądać, gorzej jeśli pełni role głównej złej w filmie i powinna mieć jakiś zalążek charakteru. Choć zwierz nadal nie wie czy to jednak nie bardziej wina Green, która być może jest odrobinę przecenianą aktorką. Jednak za największą zbrodnię zwierz uznaje kompletne, absolutne i nie dopuszczalne nie wykorzystanie Johnny Lee Millera. Zwierz może być wiąż na niego odrobinę zły za udawanie Sherlocka w Elementary ale nie zmienia to faktu, że aktor z niego wyśmienity i zasługujący na to by przynajmniej zafundować mu jedną czy dwie dobre sceny. Tymczasem trudno zdefiniować dlaczego jego bohater pojawia się w filmie, oraz dlaczego scenarzyści zapomnieli dopisać mu charakteru. Zwierz uważa, że filmowi można wybaczyć jeśli nie ma dobrej obsady, ale marnowanie wyśmienitej obsady to jest kinematograficzny grzech.
Od prawej do lewej - trójka bohaterów którym scenarzyści zapomnieli dać charaktery a reżyser czas ekranowy.
Ale motywem przewodnim miał być zbytni komfort więc chyba czas porozmawiać o Johnnym Deppie. Zwierz nie będzie przed wami ukrywał – widział wszystkie filmy, w których Burton malował twarz Deppa na biało. O ile zwierz sobie przypomina filmów takich było 8 bo Burton zawsze maluje Deppa na biało. Tymczasem wydaje się, że o ile aktora średnio ima się czas ( choć jednak zdecydowanie lepiej mu z opalenizną), to jednak nawet on nie może oprzeć roli wyłącznie na charakteryzacji i archaicznym szyku przestawnym wypowiadanych kwestii. Jego bohater wypada dobrze jedynie w tych krótkich scenach, w których oglądamy człowieka z XVIII wieku skonfrontowanego z urokami wieku XX – problem polega na tym, że ten dowcip działa zawsze nawet jeśli „zamrozimy” bohatera tylko na dwadzieścia lat. Zwierz zauważył już dawno, że Depp należy do tego gatunku aktorów, od których trzeba wymagać i stawiać ich przed nowymi nieznanymi zadaniami- jeśli pozwoli mu się odpocząć czy raczej spocząć na zyskanym gwiazdorskim statusie wypadają wtedy role absolutnie nijakie jak w „ Turyście” czy smutnie wtórne jak w czwartej części Piratów z Karaibów. Zdaniem zwierza potencjał duetu Burton – Depp wyczerpał się przy Sweeney Toddzie gdzie obaj musieli się zmierzyć z czymś nieznanym - reżyser z musicalem a aktor ze śpiewaniem. Wtedy po raz ostatni w ich filmie widać było tą lubianą przez widzów iskrę. Jednak zarówno Alicja w Krainie Czarów jak i Mroczne Cienie to gra na znanych schematach – tak komfortowa, że nudna dla widza.
Johnny Depp w makijażu na puffie z niekomfortowym wyrazem twarzy to jednak odrobinę za mało by sprzedać postać. A właściwie przez cały film tak jest plus minus puff
No właśnie na koniec publiczność. Wydaje się że w tym filmie nie ma absolutnie nic co mogło by ją za niepokoić. Od pierwszych informacji, że Depp i Burton kręcą razem ósmy film, po informację, że będzie to film o pokręconej rodzinie, w której domu zamieszkuje krewny wampir – wszystko to wprawiło publiczność w stan pewnej błogości bo wszystko się przecież zgadza – aktorzy, reżyser, tematyka. Nikt nie dyskutował przed premierą czy przeniesienie serialu z lat 70 na ekrany ma sens, czy w historii jest wystarczająco duży potencjał, czy Johnny Depp powinien grać wampira itd. Wszyscy przyjęli film z całym dobrodziejstwem inwentarza, co sprawiło, że film nie mógł ich ani zaskoczyć, ani też stanąć w poprzek oczekiwaniom. Mógł być dokładnie taki jaki wszyscy mogli się spodziewać. Ewentualne odrobinę gorszy. Ale też nie tak beznadziejnie zły by wywołać falę oburzenia, która sprawi, że wszyscy pobiegną do kin by wydać werdykt w tej sprawie. Widzowie dostali więc produkt wybitnie pozbawiony duszy, który jednak jest pozbawiony duszy bo nikt nie bał się, że widowni się nie spodoba. Zdaniem zwierza to do pewnego stopnia podobny paradoks jak w przypadku popularnych autorów. Ich pierwsze książki najczęściej są świetne bo zanim znalazły swój ostateczny kształt odrzucało je sporo wydawnictw zmuszając autora do poprawek. Ale po pewnym czasie autor staje się na tyle znany, że drukują mu wszystko co jest w szufladzie nawet nie patrząc czy to warte czy nie warte by znaleźć się w druku. I pisarz, jeśli nie ma tyle zdrowego rozsądku by się z publikacją nie wybitną pchać do wydawnictwa, obniża loty. Podobnie jest w przypadku Burtona – przez lata był reżyserem, który musiał do swoich pomysłów przekonywać zarówno producentów jak i samych widzów. Ale dziś jego nazwisko połączone ze świetną obsadą otwiera mu każde drzwi. Więc nikt nie pyta czy film będzie naprawdę dobry bo to przecież nowy film Burtona.
Zaskaujące jak bardzo Eva Green nie ma w tym filmie nic do grania. Jedynie paraduje w co raz bardziej skąpym odzieniu
Możecie mieć do zwierza pewne pretensje, że w swojej recenzji o samej treści filmu. Problem polega na tym, że film zaczyna się w środku opowieści i w środku opowieści się kończy. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z dziedzictwem telewizyjnego serialu, który widzowie za morzem dobrze znają ( a przynajmniej widzowie w pewnym wieku) stąd też właściwie historia nie potrzebuje początku ni końca. Zwierz zwrócił też uwagę, że z filmu chyba wycięto bardzo dużo scen. Kiedyś zwierz tego nie widział, ale teraz po latach oglądania filmów czasem udaje mu się dostrzec, kiedy scena, która powinna trwać dłużej urywa się jakby przed swoim końcem, i kiedy ewidentnie brakuje pewnych elementów fabuły. Może zwierz przecenia swoje możliwości ale da głowę, że te film mógłby być zupełnie inny gdyby zostawiono to co ewidentnie wycięto. Może byłby bardziej Burtonowski. Nie mniej wracając do fabuły, to tak strasznie trudno orzec jaka ona miałaby teoretycznie być – bo oś fabularna jest cieniutka a dramatyczny konflikt dość dziwnie nakreślony, że w sumie ogląda się film z dziwnym wrażeniem, że zaraz coś się zacznie. A potem są napisy końcowe.
Tuż przed premierą zwierz zobaczył ten plakat ( porównajcie sobie z pierwszym zdjęciem) i pomyślał że może się nieco przeliczył co do jakości filmu na który czeka
Ps: Ktoś kiedyś zapytał zwierza czy nie żałuje, że chodzi na złe filmy do kina tzn. prawie zawsze kręci nosem więc musi się czuć jakby stracił czas. Ale zwierz dostrzega u siebie zadziwiającą właściwość. Nigdy nie czuje by stracił czas kiedy ogląda film. Być może dlatego idealnie nadaje się by donosić o ich treści tym, dla których godziny ich życia są cenniejsze.
sobota, 19 maja 2012
Kierunki zamawiane czyli zlośliwy zwierz na chwilę przed sesją
Hej
Zwierz ma dziś dla was wpis lekko ironiczny i satyryczny ale jednocześnie zwierz podejrzewa, że choć część z was będzie mogła się z nim utożsamiać. A o czym będzie? Widzicie zwierz musi cofnąć się w czasie kiedy po raz pierwszy w życiu rekrutował się na studia. Pamięta dokładnie, że wówczas ( jako że nieopatrznie rekrutował się na historię znajdującą się niedaleko budynku archologii) wpadła mu w łapy ulotka dotycząca wydziału archeologii, która a jakże przekonywała studentów, że co prawda nie będą Indianą Jonesem ale… Tu następowała rozpiska niesłychanie ciekawych rzeczy, które niestety w żaden sposób nie mogły się równać z odnalezieniem Arki Przymierza. Zwierz pamięta, że wtedy pomyślał, że kultura popularna jest dla archeologów wyjątkowo życzliwa skoro zafundowała im jako wizytówkę samego Harrisona Forda z biczem w dłoni. Jak się ma do tamtej refleksji dziejszy wpis – oto zwierz postanowił prześledzić z kim ewentualnie mogli by się w kulturze popularnej utożsamiać ci, których wykształcenie nie budzi powszechnego respektu. Oto bowiem im dłużej się zwierz nad tym zastanawia tym częściej dochodzi do wniosku, że kultura popularna ma o niektórych zawodach wysokie mniemanie. Zwierz doda jeszcze, że nie będzie pisać o lekarzach, policjantach ani prawnikach bo oni jak wiadomo to zupełnie inna kategoria, niemal pół bogów.
Ponoć sesja na archeologii dostarcza prawie tylu emocji co ta scena z Indiany Jonesa
Bibliotekarze – jak wiadomo bibliotekarze to ludzie inteligentni, potrafiący wyszukiwać informacje, którzy w czasach gdy biblioteki raczej się zamyka niż otwiera zajmują się przede wszystkim porządkowaniem i wynajdowaniem informacji ewentualnie takim układaniem książek na półkach by do ich znalezienia potrzebne były dwa dyplomy ( tak zwierz jest złośliwy). Zazwyczaj kojarzą się raczej z łagodnym typem człowieka – ale nie w filmach – tu w serii o Bibliotekarzu ( którego gra Noah Wyle) nasz bohater zwany Bibliotekarzem ( należy to wymówić odpowiednim tonem) gania po świecie łowi Wampiry, szuka artefaktów i można powiedzieć że od Indiany Jonesa różnią go tylko gorsze efekty specjalne oraz fakt, że potem wszystkie znalezione artefakty skłda w bibliotece a nie odwozi do wielkiego magazynu, w którym jest absolutnie wszystko.
Literaturoznawca – wydawać by się mogło, że takie wykształcenie nie predystynuje do przeżywania przygód – zwłaszcza jeśli osiągnęło się już stopień profesorski – ale jeden rzut oka na Indiana Jones i Ostatnia Krucajata a przekonamy się, że to idealne wykształcenie by szukać świętego Graala. Może to być pewne zaskoczenie dla wszystkich profesorów literatury dla których świętym Graalem jes grant z narodowego funduszu wspieranai humanistyki. Nie mniej może za mało się starają – gdzies między tymi tekstami musi być wskazówka jak trafić do prawdziwego skarbu
Autentyczny plakat do filmu o Bibliotekarzu. Powiedzcie szczerze tego byście się nie spodziewali
Geolog – może się wam wydawać, że geolog co najwyżej może oglądać kamienie, ewentualnie wiercić w ziemi na jakąś rozsądną głębokość – zwierz uważa, że praca geologa może być bardzo ciekawa ale czy kiedykolwiek będzie tak ciekawa jak w filmie Jądro Ziemi gdzie bohater doktor tej nauki ma niepowtarzalną okazję dowiercić się aż do samego środka naszej kuli ziemskiej. Pewnie biednym studentom geologii takie cuda nigdy by do głowy nie przyszły ale jeśli będą się dobrze uczyć to pewnie kiedyś im się uda. Zwierz trzyma za nich kciuki. Z resztą w przypadku wrogiej inwazji z kosmosu, jak w przypadku filmu Ewolucja geologowie też okażą się nadzwyczaj przydatni. Co byśmy bez nich zrobili.
Klimatolog – zwierz nie jest do końca pewien czy to jest do końca prawdziwe wykształcenie ( no dobra pewnie jest po prostu kiedyś chyba go nie było - w każdym razie zwierz nic do klimatologów nie ma) ale z całą pewnością niesłychanie ważne. Ilekroć bowiem coś ma się złego stać – jak na przykład totalny koniec świata w 2012 klimatolodzy wiedzą jako pierwsi podobnie jak ogólne zlodowacenie wszystkiego w filmie Pojutrze. Co więcej chcą o swoim odkryciu poinformować cały świat – gorzej dla świata że ich nie słucha.
Dziwne urządzenie z mnóstwem kabli? Człowiek w za dużej kurtce? Widać że to naukowiec ratujący świat
Matematycy – poza tym że wszyscy są szaleni żyją raczej lekko na uboczu naszego społeczeństwa pochyleni nad problemami, których większość z nas nie rozumie i rozwiązujący mniej lub bardziej ważne kwestie. Większość ludzkości nie obchodzi co matematycy robią, a nawet jeśli obchodzi to stosunkowo niewielka grupa zdaje sobie sprawę że cokolwiek matematykom zawdzięcza. No ale wystarczy wziąć taki serial Wzór i nagle okazuje się, że nie trzeba mordercy ścigać wystarczy po prostu bardzo dokładnie obliczyć gdzie on jest. Zdaniem zwierza to absolutny skandal że na każdym posterunku policji nie ma dyżurnego matematyka który wyliczałby dokładną odległość mordercy od ciała. Choć trzeba z nimi uważać - mogą się zbiesić i mieć szalony plan wywołania I wojny kilka lat wcześniej jak przekonuje nas najnowszy Sherlock Holmes.
Paleontolog – wydaje się że specjalista zajmujący się skamielinami czy to roślin czy zwierząt nie będzie miał zbyt zaszczytnego miejsca w kulturze popularnej – co najwyżej takie jakie ma Ross z Przyjaciół, z którego to wszyscy się naśmiewają. Ale nie tak prędko – wystarczy, że ożywimy na ekranie dinozaury jak w Jurassic Park to paleontolog dzielny jak Sam Neil nagle staje się najbardziej pożądaną osobą na planecie – zwłaszcza jeśli ma do tego tyle sprytu by nie dać się od razu zjeść jak sprowadzony na tą samą wyspę matematyk ( wiadomo przecież że powinien śledzić przestępców) ponieważ dinozaury są strasznie żarte to paleontologów na ekranie potrzeba co raz więcej – można powiedzieć , kierunek z przyszłością.
Ten obrazek można intepretować jako spełnienie największego marzenia albo koszmaru kogoś kto zajmuje się dinozaurami
Egiptolog – trochę jak w przypadku rozprawiania się z dinozaurami – wykształcenie które może być przedmiotem kpiny staje się bezcenne w chwili kiedy po świecie zaczyna biegać ożywiona Egpiska mumia, jak ma to miejsce, a jakże w filmie mumia. Przydają się wtedy nie tylko informacje dotyczące historii i obyczajów Egiptu ale także przede wszystkim znajomość hieroglifów. Tak więc jeśli w okolicy zacznie ganiać jakiś Egpiski żywy trup bez Egiptologa ani rusz. Na całe szczęście to zawód naprawdę z przyszłością bo co chwila pojawia się jakieś nowe wcielenie mumii i bez dobrej znajomości staro egipskiego ani rusz.
Astronom – jak wiadomo wpatrywanie się w gwiazdy na potrzeby nauki nie tylko przyniosło chwałę polskiej nauce ( o ile założymy że Mikołaj Kopernik był Polakiem) ale także stanowiło jedną z bardziej poważanych dziedzin nauki. Filmy przekonują nas, że to właściwie zawód dla ludzi o bardzo mocnych nerwach. Ilekroć bowiem przyjdzie im rzucić okiem na niebo wcześniej czy później dostrzegą tam zagrażający ziemi meteoryt. Na całe szczęście w większości przypadków nie muszą z nim samodzielnie walczyć, ale może zdarzyć się nie miła sytuacja, że meteoryt niosący zagładę ziemi jest akurat zgodnie ze zwyczajem nazwany imieniem odkrywcy czyli w tym przypadku ich imieniem. Nie mniej mimo tych drobnych niedogodności, jeśli ktoś oprócz klimatologów stwierdzi, że czeka nas Dzień Zagłady albo Armagedon to z całą pewnością będą to właśnie Astronomowie
Fizyk – z nimi to zawsze jest problem bo np. będą się źle bawić promieniowaniem gamma i zamienią się w wielkiego zielonego potwora co zdarzyło się biednemu Bannerowi, który zaczął zamieniać się w Hulka, albo coś źle podepną w czasie eksperymentu i zamienia się w Doktora Octopussa z Spder-Mana. Ogólnie fizycy bywają niebezpieczni. Ale nawet kiedy nie robią żadnych szczególnie niebezpiecznych eksperymentów tylko po prostu pracują sobie w CERN i patrzą na wirujące cząsteczki może się nagle okazać, że ktoś zwinął im antymaterię i teraz muszą biegać po świecie by im ktoś w Watykanie nie zrobił z Papieża, Antypapieża jak to się zapowiadało w Aniołach i Demonach. Co więcej - skoro już przy fizykach jesteśmy - jak wiadomo naukowcy z kina są nieco ładniejsi do naukowców z realu, jednak wszystkich przebija pani fizyk, która nie dość że ratuje świat to na dodatek robi to jeszcze cały czas biegając na szpilkach. Czapki z głów.
Matematycy - nie do końca wiadomo co robią i dlaczego ale na pewno potrafią policzyć gdzie jest morderca
Zwierz mógłby wymieniać jeszcze długo – na przykład fascynujący obraz dziennikarzy, którzy zawsze trafiają na niesamowity skandal i nigdy nie mają deadlinów. Albo pochylić się nad Lisbeth Salander z Dziewczyny z tatuażem, która zajmuje się researchem i wygląda to na najniebezpieczniejszy zawód świata. Zwierz też tym się zajmuje i jak na razie tylko raz przyciął sobie palec szufladą. Co do pisarzy to też niestety siedzą w większości przy biurkach zamiast poświęcać się jak Castle z telewizyjnego serialu i biegać wraz z policją za przestępcami ( choć przynajmniej wie o czym pisze). Może się wam wydawać, że zwierz wymienia przykłady ze złośliwości ale wcale to nie jest tak – zwierz cieszy się kiedy kultura popularna próbuje przekonać ludzi, ze pozornie nudne zajęcia są fascynujące. Choć niestety zwierz nie znalazł w kinie żadnego dzielnego historyka, który sam jeden… no właśnie zwierz nie za bardzo wiedziałby co mógłby zrobić historyk – może tylko ujawnić jakąś agenturalną przeszłość ważnego polityka ale to nie jest ani tak fajne ani tak szlachetne jak znajdowanie Arki Przymierza. Zwierz zastanawia się też czy kiedykolwiek znajdzie się na ekranie dzielny przedstawiciel jego drugiego wykształcenia czyli socjologii. Zwierz już sobie wyobraża jak wpada na miejsce zbrodni i po wystroju mieszkania dedukuje pozycję społeczną ofiary popierając się danymi sondażowymi. Ot zwierz się rozmarzył.
Ale tak na serio to teraz zwierz który przecież nie wymienił wszystkich zawodów chętnie poczyta jakie kwiatki dotyczące waszych zawodów czy zawodów wyuczonych a właściwie wyedukowanych znalazło wam się znaleźć w kinie. Czy gania po ekranie jakiś dzielny filolog klasyczny? Hebraista? Muzykolog? Zwierz jest bardzo ciekawy – w końcu to nie może być tak że archeolodzy mają Indianę Jonesa a reszta musi się obejść ze smakiem.
ps: Żeby nie było - zwierz z prawdziwą przyjemnością obejrzał większość wymienionych tu filmów i seriali.
piątek, 18 maja 2012
Internet is made of cats czyli dlaczego pierwsza częśc tego zdania jest prawdziwa
Hej
Ponieważ po wczorajszej dyskusji pod blogiem zwierz nie ma najmniejszej ochoty przez najbliższe dekady dotykać jakichkolwiek problemów społecznych ( zwierz przypomina sobie w takich chwilach dlaczego założył blog o popkulturze a nie o czymkolwiek innym), postanowił się skoncentrować na problemie, który ( jak przekonał się po lekturze Internetu) nie daje spać nie tylko jemu. Otóż jak wszyscy wiemy dowcipny skrót zawartości Internetu to : Pornografia i Zdjęcia Kotów. O ile pornografia zupełnie zwierza nie dziwi ( z pornografią zawsze jest taka sama zasada – pojawia się natychmiast kiedy wymyśli się nowe medium do jej rozpowszechniania) o tyle nie daje mu spokoju pytanie. Dlaczego Internet pełen jest zdjęć kotów?
Obrazek pokazuje co obecnie zajmuje jakieś 90% myśli zwierza
Historycznie rzecz ujmując nie jest trudno zgadnąć, że jak niemal każdy nie tracący na popularności mem moda na koty zaczęła się na 4chan – w tym Internecie w Internecie, dodawanie zdjęć kotów stało się niemalże osobną dyscypliną, już bardzo wcześnie. Co prawda jak zwykle w przypadku 4chan owa magiczna granica między po prostu wrzucaniem zdjęć ślicznych kotków do Internetu a wrzucaniem ich jako załącznik do plików z pornografią bądź czymś jeszcze gorszym była bardzo cienka. Nie mniej koty wypłynęły na szeroki ocean Internetu już pozbawione symboliki z tego forum i pewnego ciężaru gatunkowego ( że się zwierz tak wyrazi). Jak zwierz wyczytał pierwsze dowcipne zdjęcie kota w Internecie pojawiło się w nim 1995 roku. Nawet zwierz zdaje sobie sprawę jak wcześnie to było. Oczywiście kluczową rolę w podboju Internetu przez koty odegrała strona icanhascheezburger.com, która przede wszystkim składała się ze zdjęć śmiesznych i ślicznych kotów podpisanych w koszmarnie nie ortograficzny sposób ( co jest oczywiste bo przecież koty nie znają ortografii, zwłaszcza te małe). Potem jednak koty rozlały się na cały Internet, zwłaszcza wtedy kiedy rozrosła się kultura memów i przesyłania sobie śmiesznych obrazków. Gdzie by człowiek nie spojrzał spoglądał na niego śmieszny, albo słodki kot. Strona http://knowyourmeme.com, podaje 304 typy memów dotyczących kotów – co oznacza, że co najmniej 304 obrazki, zdjęcia czy ilustracje mogą z różnymi podpisami latać po sieci. To daje właściwie nieskończoną ilość kotów w necie.
Nie zależnie od tego od jak dawna jesteście w internecie wcześniej czy później każdy zrobi "Aww" na widok kota, który coś przytula
Dobra więc dlaczego właściwie koty? Cóż pewien naukowiec z Texasu który łączył deklarowane przywiązanie do kotów albo do psów z cechami psychicznymi odkrył, że ludzie deklarujący swoje przywiązanie do kotów są bardziej neurotyczni. Można by więc stwierdzić, że po prostu jest to też cecha ludzi siedzących przy komputerze na tyle długo by bawić się memami. Inni wskazują na dość rozsądny związek pomiędzy posiadaniem kota a nie ruszaniem się z domu. Posiadacz psa musi go wyprowadzać podczas kiedy posiadacz kota musi go co najwyżej raz na jakiś czas spędzać z klawiatury. Poza tym jak zwierz dowiedział się z jakiegoś artykułu istnieje związek pomiędzy byciem nerdem czy geekiem a posiadaniem kota ( a nawet jeśli nie to popkultura bardzo stara się nam to wmówić). Co do pozostałych logicznych argumentów, to wskazuje się, że koty być może wcale nie są najpopularniejsze tylko po prostu były pierwsze co sprawia, że jest ich w Internecie więcej niż czegokolwiek innego.
Plus minus jest to dobrey opsi tego co można znaleźć w Internecie, poza pornografią i masą zbędnych danych
Nie mniej wydaje się że olbrzymia kariera kotów w Internecie wiąże się z czymś zupełnie nie racjonalnym. Poza oczywistym faktem, że koty, które zawsze starają się zachować godność i powagę są śmieszne kiedy ową godność i powagę tracą ( każdy właściciel kota wie, że koty są mistrzami w udawaniu, że wyrżnięcie nosem w podłogę po nieudanym skoku było czynnością zaplanowaną), oraz że małe kociątka są przesłodkie, dochodzi jeszcze jeden czynnik. Wydaje się, że obecność kotów w Internecie ma na nas działanie w jakiś sposób terapeutyczne. To trochę tak jak oglądanie szczeniąt i młodych jakiegokolwiek innego gatunku – nawet jeśli nasze życie jest beznadziejne można się nad nimi pozachwycać i człowiek od razu czuje się lepiej. Małe kotki nadają się do tego idealnie bo są przecież ciekawe świata a przy tym mają olbrzymie oczy, którymi wpatrują się w człowieka tak, że nie sposób im niczego odmówić. I choć rzecz jasna świat od oglądania takich zdjęć nie zrobi się lepszy a nasze problemy nie znikną to przynajmniej jakoś podniesiemy się na duchu – zwierz nie wie dlaczego tak działa ludzka psychika ale cos w tym jest. Być może wychodzimy z założenia że póki kocięta są słodkie póty jest nadzieja dla ludzkości. Niektórzy badacze twierdzą, że koty w Internecie do pewnego stopnia stanowią idealną przeciwwagę do tego co w sieci nas odrzuca. Ich zdaniem jeśli przeglądamy na zmianę obie zawartości Internetu wspominane w pierwszym akapicie możemy uzyskać jakąś równowag ę psychiczną.
Czy życie nie jest odrobinę lepsze kiedy człowiek popatrzy sobie na kotki.
No dobra ale dlaczego nie psy? Zdecydowanie większa ilość osób deklaruje się przecież jako wielbiciele psów ( w USA jest to ok.42% w stosunku do kilkunastu procent zadeklarowanych „kociarzy”). Specjaliści twierdzą, że problem z psami jest taki, że ich intencje człowiekowi stosunkowo łatwo jest odczytać. Trudno powiedzieć to o kotach które mają w sobie coś tajemniczego, a przynajmniej tą tajemnicę świetnie sugerują. Co więcej, nikt chyba nie podważy stwierdzenia, że przy pomocy zdjęcia kota można zarówno człowieka rozczulić jak i udowodnić mu, że jest podrzędną formą istnienia. Koty mają bowiem zaskakującą zdolność zarówno bycia najsłodszymi jak i najbardziej pogardliwymi stworzeniami na świecie. Do tego dochodzi jeszcze kwestia cudownych obrazków dużych kotów – Lwów, Tygrysów czy Gepardów, które zachowują się podobnie jak domowe dachowce, co zawsze budzi rozczulenie o właścicieli tych drugich. Tego psy nie są w stanie pobić, nawet jeśli szczenięta są równie słodkie jak kocięta. Bo właściciele psów dzielą się na tych którzy mają psy duże i małe, na tych którzy mają psy rasowe i ze schronisk. Tymczasem wszyscy posiadający kota mają kota. I chcą oglądać jego zdjęcie w Internecie. Co więcej wydaje się, że o ile istnieje coś takiego jak „fanatyczny posiadacz kota” o tyle dużo rzadziej zdarza się fanatyczny posiadacz psa. Oczywiście istnieje jeszcze jedna teoria, że tak naprawdę koty sterują ludźmi i doprowadziły do tego, że zamiast zajmować się ważnymi sprawami jak praca czy pisanie artykułów przesyłamy sobie zdjęcia kotów robiących śmieszne rzeczy. Wyznawcy takiej teorii są również przekonani, że to drugie podejście kotów do władania światem – pierwsze prawie doszło do skutku kiedy koty przekonały Egipcjan że są boskimi istotami. Niestety nie miały wtedy mocy opanowania całego globu – co innego Internet, który sięga właściwie wszędzie – to szansa dla kotowatych by podbić ludzkość. Tak więc lepiej karmcie dobrze własne kotowate bo od tego może zależeć wasza przyszłość.
POdstawowa różnica między psem a kotem, która trochę tłumaczy nasze ciągłe zainteresowanie tymi drugimi.
Ale odłóżmy na bok podejrzanie logiczne teorie spiskowe. Niektórzy mówią, że nasze zainteresowanie kotami nie jest niczym nowym i kot zawsze stanowił w naszej kulturze bardzo silny i często przywoływany motyw, inni twierdzą, że kot to zwierzę czterech ścian i Internet jest naturalnym miejscem jego występowania. Jeszcze inni twierdzą, że proporcje twarzy kota przypominają proporcję twarzy dziecka i stąd całe zainteresowanie ( zwierz w to wątpi bo gdyby tak było cały Internet opanowałyby zdjęcia mopsów). Zdaniem zwierz najciekawsze jest jednak to, że koty nie tyle opanowały Internet co pokazały, ze istnieje coś co lubią naprawdę wszyscy. Bo zdaniem zwierza za największy sukces kocich memów w Internecie odpowiada to, że jeśli odłożymy na bok nie ortograficzne napisy po angielsku to śmieszne zdjęcie lub filmik z kotem jest śmieszne wszędzie. Niezależnie czy użytkownik pochodzi z Japonii czy z Afryki kot który długo szykuje się do skoku by potem runąć jak długi przed siebie jest śmieszny. Stąd rodzi się w zwierzu podejrzenie, że być może nasze powszechne zainteresowanie kotami wcale nie powinno dziwić, może mimo wszystko próbujemy jako ludzkość znaleźć jakąś międzynarodową formę porozumienia. Być może nie będzie to język wspólny tylko zdjęcia z kotami. Lepsze to niż nic. Choć jak ktoś słusznie napisał lepiej by obce cywilizacje nie czerpały wiedzy na temat ludzkości z Internetu.
Koty nie koniecznie muszą być zadowolone z tego że przywołują uśmiech na naszej twarzy
Z resztą kiedy zwierz to pisał jak na zawołanie na jego tablicy na facebooku pojawiło się śmieszne zdjęcie kota. Bo być może na tym polega cała tajemnica. Ludzie od zawsze dzielili by się śmiesznymi zdjęciami swoich kotów, który każdy mógłby pstryknąć w ciągu całego kociego życia miliony. Ale dopiero teraz mają gdzie je wrzucać. I słuchać wyrażanych w kilku językach świata komentarzy na temat tego jak słodki/śmieszny/ duży i w ogóle wspaniały jest przedstawiony na zdjęciu kot. Bo koty na zdjęciach najczęściej są wspaniałe.
A psy sobie spokojnie poczekają
Ps: Zwierz nie posiada kota, mieszkał przez lata z kotem w jednym mieszkaniu ale stosunki zwierza z kotem pozostawały chłodne. Zwierz lubi koty ale nie bardziej od psów a w ogóle zwierz najbardziej lubi szczury. To tak na wszelki wypadek co by wywołał niepotrzebne kontrowersje. Ps2: Nie tylko Internet zrobiony jest z kotów jak wiadomo z Tego wpisu jest z nich złożony także pewien brytyjski aktor.
czwartek, 17 maja 2012
Gdzie te kobiety czyli zwierz nie jest feministką ale..
Hej
Zwierz miał dziś was zadręczać swoją wizją tego dlaczego nie doczekamy się w przyszłym sezonie żadnych dobrych seriali, kiedy nagle ( było późno to zwierz zaznacza) przyszło mu do głowy, że powinien się odnieść do czegoś zupełnie innego. Otóż jak może wiecie rozpoczął się festiwal w Cannes. Otworzył go, nowy film ukochanego reżysera zwierza Wesa Andersona ( świetna recenzja Michała Oleszczyka Tutaj) i właściwie można by uznać pokaz blichtru i dobrego kina za otwarty bez zakłóceń gdyby nie jeden drobny incydent. Oto część kobiet się wściekła. Spośród 22 dwóch reżyserów którzy startują po nagrodę nie ma ani jednej kobiety. Co więcej, nikt nie uznał tego za dziwne. Przecież reżyseria zawsze była rzeczą męską, więc czemu ktokolwiek miałby wyznaczać kobiecy parytet. Zwierz musi powiedzieć, że ma wobec sprawy mieszane uczucia, bo wydaje się, że za taki rozkład płci wśród reżyserów nie są odpowiedzialne jedynie festiwale czy nawet ludzie filmu. Zwierz jakoś nie jest w stanie uwierzyć, że wszyscy stoją na przeszkodzie kobietom w zostaniu reżyserem filmowym. Nie mniej prawdą jest że dużo mniej kobiet zajmuje się reżyserią. Oba te zagadnienia zlały się w głowie zwierza w jedno i uświadomiły mu kwestię, która od dłuższego czasu nie daje mu spokoju. Dlaczego bohater serialu musi być mężczyzną?
Tegoroczne Cannes reklamuje kobieta ale w konkursie nie startuje ani jedna reżyserka
Sekundkę powiecie, nie musi! Jest wiele seriali, w których bohaterami są kobiety. Chirurdzy gdzie wszystko toczy się wokół Meredith Grey, albo Prywatna Praktyka tej samej scenarzystki. A Sex w Wielkim Mieście czy jego odpowiednik dla młodocianych i zamożnych czyli Plotkara? Czy zwierzowi wyleciała z głowy Betty która robiła karierę w czasopiśmie poświęconym modzie? Czyżby zwierz zapomniał o nadawanym na ABC Body of Proof gdzie dzielna pani patolog na podstawie wyglądu wątroby poszkodowanego wskazuje zabójcę? No i chyba zwierzowi nie umknęło pięć kobiet z Westeria Lane, które były przez ostatnie osiem sezonów Gotowe na Wszystko. Nie zwierz ma te wszystkie bohaterki w pamięci. Ale właściwie wszystkie łączy jedno. Pojawiają się w serialach, które są kierowane przede wszystkim do kobiet.
Bohaterki Grey's Anatomy chcą zostać świetnymi Chrirgami, ale najpierw muszą się uporać z kwestią posiadanai dzieci, męża i wszystkich perypetii z tym związanych
Nie ma się co krzywić i zaprzeczać – stacja ABC specjalizuje się w produkcjach przeznaczonych przede wszystkim dla kur domowych – produkcje tej stacji zawsze są tak wyważone, że choć przychylają się prawom mniejszości seksualnych jednocześnie zawsze wykazują duże przywiązanie do wartości patriotycznych i poświęcenia amerykańskich żołnierzy. Nie jest to do końca przypadek bo dzięki temu seriale zgarniają cały przekrój polityczno społeczny amerykańskich kobiet , nie tracąc nawet tych bardziej konserwatywnych. We wszystkich wymienionych przez zwierza serialach bohaterki co prawda zajmują centralne miejsce w opowieści ale tak naprawdę są zredukowane do bardzo kobiecych ról ( zwierz ma nadzieję ze mu się za bardzo nie oberwie) – Mereditch czy Cristina są co prawda świetnymi Chirurgami ale pragnienie posiadania męża czy dziecka ( lub też brak takiego pragnienia) stanowią w sumie ważniejszy element dramaturgii niż osiąganie przez nie kolejnych stopni na drodze do lekarskiej samodzielności. Z kolei w Brzyduli Betty cały koncept opierał się na przemianie jaką brzydka dziewczyna przechodzi pod wpływem magazynu o modzie. Co do Plotkary to ponownie – bohaterki nie zajmują się niczym tylko gonieniem lub uciekaniem przed miłością swojego życia. Nawet teoretycznie wyzwolone bohaterki Sexu w Wielkim Mieście w ostatecznym rozrachunku okazały się poszukiwać męża i dzieci. Zwierz nie ma zarzutów do tych seriali. Dobrze się je ogląda, trafiają w określone gusta i określone zapotrzebowania. Problem pojawia się tam gdzie nie ma prawie żadnej alternatywy dla takiego przedstawiania kobiet.
Silne kobiety są dobre w serialach przeznaczonych dla kobiet.
Oczywiście bywają seriale gdzie kobiety są inne – przez lata takim serialem było Bones gdzie doktor Brennan gdzieś miała społeczne konwenanse, i role kobiece. Świetnie sama zarabia, nie boi się trupów kości i paskudztw i pięknie operuje poza wszelkim schematem czy stereotypem. Siłą jej postaci zawsze było to, że to jej partner w tropieniu zbrodni Booth zajmował się duchową stroną ich śledztw. Zwierz przestał kilka tygodni temu oglądać ten serial. Zrobił to dokładnie w momencie kiedy bohaterka rozpłakała się przy stwierdzeniu, że nie chce zostawiać córeczki w żłobku i iść do pracy ale musi. Zwierz stwierdził, że nie jest to już ta sama postać. Obok Brennan w oglądanych przez zwierza serialach wyróżnia się też Liz Lemon, może jest nieco nieudaczniczką ale jest też bardzo dobrym szefem ( właśnie szefem) zespołu przygotowującego program komediowy na żywo. Jest oczywiście jeszcze bohaterka Układów i dzielna prawniczka z Good Wife, choć ten ostatni przypadek jest dla zwierza o tyle sporny, że w serialu trochę za bardzo eksploatuje się ten element bycia żoną, matką, kochanką czy potencjalną kochanką ( tzn. wydaje się zwierzowi że zdecydowanie bardziej niż gdyby bohaterka była mężczyzną). To właściwie wszystkie żeńskie postacie, które pojawiają się na pierwszym planie jako główne bohaterki seriali kierowanego do szerokiej publiczności, który ogląda zwierz.
W Bones kobiety są silne, do czasu kiedy urodzą dzieci
Na drugim planie rzeczywiście jest ciekawej – mamy przecież ( a właściwie mieliśmy) Cuddy w Housie, agentkę Lisbon w Metaliście, dzielną policjantkę Kate Backett w Castle, czy także pracującą w policji siostrę głównego bohatera w Dexterze. Ale jeśli rzucicie okiem na to zestawienie to jedno powinno wam się od razu rzucić w oczy – tytuły seriali to House, Mentalista, Castle czy Dexter – jednocznacznie sugerujące, na jakiej postaci mamy się skupiać i jaka jest najważniejsza i pierwszoplanowa. Bo silna kobieta – nawet z ciekawą karierą i dystansem do uczuć i romansu stała się jedną z ulubionych standardowych postaci w serialach o męskim bohaterze. Spełnia ona z jednej strony zadanie matki – pilnując by nasz bohater za bardzo nie narozrabiał i nie zrobił sobie krzywdy, z drugiej nieskonsumowane napięcie seksualne pomiędzy tą dwójką przyciąga ludzi przed ekrany telewizorów. Teoretycznie są w serialu równi, ale praktycznie wszystko wychodzi na jaw wtedy kiedy kamera musi zdecydować za kim podąży, a podąży właściwie prawie zawsze za mężczyzną. A jeśli nawet nie – to on i jego umiejętności ( bo we wszystkich przypadkach chodzi o pewnego rodzaju „innych” mężczyzn) będą kołem napędowym akcji. To fakt, że Castle jest poszukującym inspiracji pisarzem, Dexter zdolnym zabójcą, Mentalista niesamowitym manipulatorem a House najlepszym na świecie diagnostą sprawia, że snujemy opowieść. Co ciekawe zwierz zrobił ostatnio eksperyment mentalny zastanawiając się, czy istnieje jakakolwiek przesłanka by wszyscy ci bohaterowie byli mężczyznami. Co ciekawe znalazł bardzo niewiele elementów fabuły, które wskazują na konieczność takiej decyzji. Większość z nich mogłaby być mężczyznami. Ale nie są.
Cuddy w Housie to chyba najbardziej typowy przykład silnej kobiety, która jest na wyższym stanowisku niż bohater ale jej rola sprowadza się głównie do opieki nad niesfornym acz genialnym głównym bohaterem serialu
Co ciekawe zwierzowi wydaje się, że najczęściej silne kobiety mają szansę na ciekawe wątki wtedy kiedy akcja rozdrabnia się na tyle, że właściwie ilość bohaterów utrudnia absolutnie jednoznaczne wskazanie, kto jest główna postacią. Co prawda Mad Men nie jest idealnym przykładem bo po pierwsze ma Men w tytule a po drugie wszyscy wiedzą, że głównym bohaterem jest Don Draper ale pośród wszystkich innych postaci, którym poświęca się czas na ekranie stosunkowo dużo dostaje go Peggy dziewczyna zdecydowanie nastawiona na zrobienie kariery, a do tego dobrze wyważona – zdaniem zwierza jest to jedna z tych postaci, w której dobrze zaznaczono kwestie kłopotów jakie ma robiąca karierę kobieta, ale nie czyniąc z tego głównej cechy postaci. Podobnie w How I Met Your Mother, które ponownie koncentruje się na Tedzie ale z każdym sezonem co raz więcej czasu dostają inni bohaterowie – zwierzowi nie chodzi nawet o Robin, która nie jest szczególna zwolenniczką posiadania dzieci i zawierania małżeństw, ale o Lily – jedną z ciekawej zarysowanych bohaterek, która co prawda ma i męża i dziecko ( co prawda dopiero od jednego odcinka) ale absolutnie nie zastała wepchnięta w kobiece schematy zachowań – wręcz przeciwnie – takimi cechami obdarzono bardziej jej męża Marshalla ( tu zwierz musi zamieścić uwagę dla wszystkich którzy uważają że nie ma cech męskich i żeńskich że mówimy o popkulturze, która opiera się na stereotypie). Zwierzowi wydaje się, że mimo swojego historycznego tła takim serialem jest też, Dowton Abbey gdzie mimo wszystko nie da się nie dostrzec, że motorem napędowym akcji ale także co raz częściej tymi które decydują o tym jakie decyzje zostaną podjęte są kobiety, i co ciekawe – ze wszystkich pokoleń i klas społecznych. Z kolei w Grze o Tron twarde kobiety występują masowo choć jedynie na dwie do pięciu minut poszatkowanego i podzielonego na wielu bohaterów odcinka.
Zwierz lubi postać Peggy bo od samego poczatku wydaje sie być odrobinę bardziej bezwzględna niz wielu jej kolegów z pracy
Jednak tym co właściwie zwierza zastanawia to fakt, że mimo wszystko ktoś kto siada przy komputerze by napisać scenariusz spośród wszystkich decyzji jakie musi podjąć odnośnie postaci jakie zasiedlą jego wyimaginowany świat jedną podejmuje dużo szybciej i prościej niż pozostałe. Decyduje się, że główny bohater będzie mężczyzną. Zwierz nie jest szczególnym fanem feministycznego podejścia do analizowania popkultury ( podobnie jak nie jest fanem analizowania jej przez jakąkolwiek inną ideologię) ale jest to zjawisko absolutnie fascynujące. Bohater musi być mężczyzną. Kto pisze o bohaterkach kobietach? Zaskakująco często same kobiety – zwróćcie uwagę, że scenariusz do Bones powstał w oparciu o książki znanej antropolożki, Grey’s Anatomy pisze kobieta, podobnie jak Tina Fey pisze 30 Rock ( a nawet jeśli nie piszą poszczególnych odcinków, to wymyśliły serial). Czyżby więc chodziło tylko i wyłącznie o to, że męscy scenarzyści po prostu nie umieją sobie wyobrazić kobiet w głównej roli? Że wolą pisać o mężczyznach bo dobrze ich znają? Źle by to świadczyło o wyobraźni naszych scenarzystów. Ale może nie należy się denerwować tylko zdać kolejne obok postawionego na samym początku pytanie – dlaczego jest o tyle więcej scenarzystów niż scenarzystek. Kiedy mężczyźni ukradli kino kobietom? A może tak było od 1895 kiedy bracia Lumiere zrobili swój pierwszy pokaz a my po prostu jeszcze nie zdążyłyśmy kina podbić? Zastanawiające.
PS: Zwierz rzecz jasna nie opiera swoich uwag na wszystkich istniejących serialach telewizyjnych, lecz jedynie na tych które ogląda lub ogląda jednym okiem.
PS2: Wszystko przez to, że w sieci pojawił się zwiastun Elementary – serialu CBS o uwspółcześnionym Sherlocku Holmesie, w którym Watson jest kobietą co sprawiło, że nie jeden fan zaczął zadawać sobie pytanie dlaczego Holmes nie może być kobietą skoro bawimy się zmianą płci.
środa, 16 maja 2012
Błagam skończ już czyli zwierza refleksje około finałowe
Hej
Ponieważ zbliża się koniec niemal wszystkich seriali jedno słowo zaczyna co raz szybciej i szybciej krążyć w naszych głowach, wyrywać nas ze snu czy sprawiać że krzyczymy nazwiska scenarzystów i bohaterów na głos w środku nocy kiedy w końcu znajdziemy czas na to by obejrzeć zaległy odcinek. Jakie to słowo? Cliffhanger.
Zwierz musi powiedzieć, że sam nie ma nic przeciwko cliffhangerom, czyli wątkom urwanym w połowie, kiedy pojawiają się mniej więcej w środku sezonu serialowego. Jasne jest, że ta metoda przyciągania widowni przed ekrany, jest znacznie starsza od seriali i nawet u Homera akcja zwykła się niekiedy rwać w ciekawym momencie by przytrzymać czytelnika przy opowieści. Ale problem polega na tym, że co raz częściej zwierz odnosi wrażenie, że z jednego z licznych sposobów na zainteresowanie widzów dalszymi losami bohaterów Cliffhanger stał się obowiązkowym elementem fabuły, który zamiast pełnić w stosunku do niej rolę podrzędną stał się nadrzędny czy wręcz dyktujący to jak historia ma się układać. Urwane wątki – kiedyś zdarzające się czasami, dziś są absolutnie koniecznym elementem niemal każdego serialu – nawet komediowego, co wydaje się być zbędne bo w sumie widzowie nie oglądają seriali komediowych dla samej fabuły co raczej dla typu humoru jaki serial reprezentuje. A nawet jeśli oglądają dla fabuły, to powstaje pytanie czy cliffhanger rzeczywiście ma aż taką siłę przyciągania?
Wydaje się bowiem, że wiara w to, iż urwany w połowie wątek nie da o sobie zapomnieć jest nie tylko powszechna ale i przeciwstawiana przekonaniu, że do serialu, który zakończy się przed przerwą wakacyjną dobrze nikt nie powróci. Innymi słowy scenarzyści sygnalizują nam, że choć snuli historię przez kilkanaście tygodni nadal są przekonani, że tym co przyciągnie nas w następnym roku przed telewizory nie będzie nasze przywiązanie do historii czy postaci tylko brak elementu domykającego wszystkie wątki. To ciekawe założenie bo zakłada, że nawet do marnego produktu widz wraca jeśli pozostawi się coś w niedopowiedzeniu. Tymczasem zwierz odnosi wrażenie, że choć zasada ta sprawdzała się jeszcze jakiś czas temu, tak obecnie widzowie czują się co raz bardziej zmęczeni cliffhangerami. Dlaczego? Po pierwsze jest ich za dużo - można z niecierpliwością czekać na dopowiedzenie, jednego czy dwóch wątków, kiedy jednak wszystkie elementy historii się nie kończą – wtedy widz czuje się w pewien sposób oszukany – a co więcej zmęczony. Przynajmniej zwierza męczy to, że ostatni odcinek sezonu najczęściej niczego nie kończy tyle na złość zaczyna nowe wątki. Druga sprawa to kwestia tego jak ów cliffhanger zostaje wprowadzony – najczęściej scenarzyści decydują się dorzucić nie rozwiązaną sprawę w ostatnim momencie, lub sprowadzić na naszych bohaterów nieszczęście, którego nie mogli przewidzieć. Problem polega na tym, że już gdzieś w trakcie oglądania większości ostatnich odcinków zaczynamy zdawać sobie sprawę, że scenarzyści nie wyrobią się z zakończeniem historii w przepisowym czasie i zamiast cieszyć się odcinkiem żyjemy już tym że przedstawia się nam historię nie dokończoną. Co więcej często Cliffhanger nie wynika bezpośrednio z akcji serialu tylko zostaje doczepiony na siłę, bo przecież musi być. To częściej niż zainteresowanie wywołuje irytację, bo nikt nie lubi kiedy specjalnie dorzuca się scenę jedynie po to by skończyć serial zagadką. Co więcej im dłużej serial obecny jest na antenie tym bardziej kuriozalne bywają takie dodatki bo przecież istnieje ograniczona ilość sytuacji, w których nie wiemy jakie będzie ich rozwiązanie. Trzecia w końcu sprawa wiąże się z tym, że widzowie przez kilka miesięcy bez seriali mają zdecydowanie za dużo czasu na zastanawianie się jak ów rozpoczęty im jak na złość wątek może się rozwiązać – problem polega na tym, że nie ma na świecie scenarzysty równie kreatywnego co grupa fanów czekających na rozwiązanie nie rozwiązanej w serialu zagadki. Tak więc pierwszy odcinek nowego sezonu najczęściej kończy się rozczarowaniem. Zwłaszcza w sytuacji, w której cliffhanger opiera się na postawieniu życia bohatera w sytuacji zagrożenia – wtedy widzowie potrafią świetnie wymyślić jak bohater się uratuje.
No właśnie jedną z popularniejszych metod by bawić się z widownią jest sugerowanie jej że bohater znalazłszy się w sytuacji zagrożenia życia może nie przeżyć do następnego sezonu. Takie zabawy może i by miały sens ( choć niewielki ) gdyby nie fakt, że tydzień po emisji odcinka oświadcza się, że aktor podpisał kontrakt na następny rok. Nie jeden fan zadaje sobie wtedy pytanie po co urywać akcję w połowie skoro wiadomo, że bohater przeżyje? Cliffhanger, który nie daje nawet niepewności staje się irytującym elementem narracji, za którym nikt tak naprawdę nie przepada. Z resztą skoro o tym mowa zwierz musi powiedzieć, że co raz częściej odnosi wrażenie że w ten sposób zaczyna się konstruować filmy. Zwierz może i kocha serie filmów na podstawie komiksów Marvela ale owa legendarna scena po napisach zawsze zamienia je w serię filmów które urywają się w chwili kiedy naprawdę zaczyna być ciekawie. A tu nie mówimy o miesiącach ale o latach czekania na ciąg dalszy. Tymczasem niedopowiedziane historie są fajne, ale takie z puentą są jeszcze fajniejsze.
Wracając jednak do powodu, dla którego cliffhangery umieszcza się pod koniec sezonów – zdaniem scenarzystów, są niezawodnym sposobem na to by widzowie wrócili w następnym roku. Ale to nie koniecznie jest system zero jedynkowy. Zwierz zwrócił uwagę, że seriale zazwyczaj notują niesamowite zwyżki widowni pod sam koniec swojego istnienia na antenie. Zwierz sam obejrzał odcinek, zarzuconych jakiś czas temu Gotowych na Wszystko i podobnie jak inni obejrzy ostatni odcinek Housa. Dlaczego? Nie chodzi jedynie o odpowiedź na pytanie „jak to się skończy” ale na pewną pociągającą wizję, że historia nie będzie mogła się urwać. Zwierz, który od dłuższego czasu nie wiązał z Gotowymi na Wszystko żadnych emocji, czuł radość oglądając odcinek, w którym wiedział, że więcej nie będzie, że nikt nie zostawi pytań bez odpowiedzi, że scena z bohaterkami nie urwie się w połowie. To poczucie komfortu jakie daje oglądanie odcinka serialu, który na pewno będzie stanowił zamkniętą całość uświadomiło zwierzowi jak bardzo nie jesteśmy stworzeni do otwartych historii. Jesteśmy za to stworzeni do wysłuchiwania historii z puentą czy morałem, które to elementy zawieszenie akcji naturalnie odbiera opowieści. Podobnie z Housem – sezon temu cliffhanger zdenerwował zwierza i sprawił, że zwierz porzucił serial, który i tak działał mu na nerwy. Teraz mając pewność, że zobaczy koniec, albo coś na kształt końca musi powiedzieć, że nie może się doczekać odcinka. Nawet jeśli będzie tak przygnębiający jak się zapowiada ( z resztą zwierz jest całkowicie pewien że gdzieś na tym blogu kilka sezonów temu stwierdzał że cała historia nie może się dobrze skończyć).
Ale cliffhanger nie przeszkadza zwierzowi jedynie dlatego, że podważa jego przywiązanie do serialu ( zwierz do seriali brytyjskich wraca chętniej bo w większości się jednak kończą – nawet Sherlock w jakiś sposób się kończy dzięki ostatnim 5 sekundom). Chodzi o to, że cliffhanger czyni z każdego serialu opowieść nie dokończoną – zawieszoną w próżni. Pięknie jeśli stacja zamówi następny sezon –gorzej jeśli tego nie zrobi. Choć wszyscy zawsze piszą seriale z myślą o tym, że następny sezon zostanie nakręcony to jednak nie ma nic smutniejszego niż wydanie na DVD sezonu serialu w którym nie kończą się wątki. Taki niedokończony serial staje się wtedy niezwykle dziwnym dziełem filmowej czy telewizyjnej sztuki. Zwierz nie widzi dla takiego bytu odpowiednika w żadnej innej formie artystycznej. Może jedynie niedokończone symfonie mogą budzić takie uczucia, choć one zawsze równie zachwycają nawet jeśli brakuje ostatnich nut. Natomiast serial urwany w połowie jedynie denerwuje. Nie dlatego, że nie ma dopowiedzenia ale dlatego, ze mamy świadomości iż owo niedopowiedzenie jest decyzją scenarzystów a nie zrządzeniem losu. Kiedyś romantycy próbowali pisać rzeczy niedokończone i jakoś nie wydaje się by dobrze się taki system przyjął w literaturze.
Zwierz pisze to po finale kilku swoich ulubionych seriali. I wiecie co. Te które skończyły się tak ze zwierz mógłby uznać to zakończenie za koniec całej historii są na samym szczycie listy tych na które zwierz czeka. Te, które urwały się w połowie wcale aż tak bardzo zwierza nie pociągają. Tak więc moi czytelnicy, czy tylko zwierz ta działa czy może wszystkich nas należało by zmierzyć nieco inna miarą, niż czynią to serialowi producenci.
Dobra a teraz koniec z dyrdymałami czas na poważne informacje. Zwierz popkulturalny objął swoim patronem konkurs na najlepszą polską fanfikcję związaną z Sherlockiem BBC. Wszystkie informacje na blogu konkursu oraz na jego stronie na facebooku. Zwierz musi was poinformować, że nie tylko będzie zachęcał do udziału ale także ufundował specjalną nagrodę patrona dla jednego ze zwycięzców we wszystkich kategoriach.
Pisanie fan fikcji to frajda, a dopowiadanie historii tam gdzie zostawili ją nasi podli scenarzyści frajda jeszcze większa. Tak więc czytelnicy, do klawiatur !
Konkurs ma taki ładny plakat, że mucha nie siada |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ale Konkurs - Patronat zwierza
Całkiem fajne
Czytam w wersji papierowej
Inne ratyzbony
Kontakt do zwierza
Krewni i znajomi królika
Seriale
Zaglądam po info
ZUPA ZE ZWIERZA
Zupełnie nie na temat
Free counters |