Zwierz popkulturalny kontra świat snobistyczny
niedziela, 29 stycznia 2012
Koń i jego chłopiec czyli zwierzę, którego nie rozumie zwierz



Hej

 

        Koń. Duże zwierze. Wykorzystywane na roli, niezbędny element wyposażenia porządnego rycerza, czy żołnierza do czasów współczesnych, w czasach dawniejszych odpowiednik dobrego samochodu, najbardziej romantyczne zwierze w kulturze, jedyny odpowiednik psa w literaturze, czworonożne stworzenie najczęściej występujące na pomnikach, podmiot nieokiełznanej miłości ze strony nastoletnich dziewcząt, i umundurowanych mężczyzn. Koń. Zwierze którego nigdy nie zrozumiał zwierz.

 

Kolejna przeróbka plakatu tak by mówił prawdę o jego treści. Ta przeróbka jest bardzo trafna

 

         Tak moi drodzy, wasz zwierz mimo odpowiedniej płci nigdy nie zapalał miłością do koni. Wręcz przeciwnie żyje w przekonaniu, że koń to zwierze głupie ( przykro mi, ale zwierz nigdy nie spotkał w swoim życiu tych cudownie inteligentnych czterokopytnych, o których istnieniu zapewniają go filmowycy i autorzy książek), duże i nigdy się nie słuchające. Doświadczenie zwierza z koniem nauczyły go, że z końskiego grzbietu do ziemi jest strasznie daleko, i nawet najspokojniejsze zdaniem właścicieli okazy mogą przejść w niekontrolowany kłus i skierować się w zupełnie nie pożądane miejsca. Kiedy rówieśniczki zwierza chodziły do pobliskiej stadniny, uczęszczały na lekcje jazdy i zapełniały zeszyty podobiznami koni ( zwierz próbował zawsze wychodziło mu coś zdecydowanie bardziej podobnego do kucyka, z nienaturalnie dużą głową, lub do psa po niebezpiecznych eksperymentach), zwierz dystansował się do całego zjawiska dochodząc do wniosku, że zdecydowanie więcej szacunku należy się krowom. Krowa wszak nigdy nie daje się osiodłać, co świadczy o jej dumie i niezależności. Przynajmniej zdaniem zwierza.

 

 Chłopiec i koń. Ten drugi gra zdecydowanie lepiej od tego pierwszego.

 

          Ten wstęp jest konieczny. Konieczny dlatego, że jako istota zdecydowanie zdystansowana do piękna i znaczenia konia zwierz musiał się też nieco zdystansować do filmu „ Czas Wojny” ( zdaniem zwierza przetłumaczenie w ten sposób tytuły „ War Horse” jest jednym z przykładów bardziej kreatywnego podejścia tłumaczenia idealnie przetłumaczalnego tytułu). Jest to bowiem film przeznaczony dla tych których los konia, i jego związku z człowiekiem, obchodzi mniej więcej tak samo jak związek psa z człowiekiem. Jest to też film dla młodzieży i o młodzieży. Zwierz zwykł się naśmiewać, że film powinien mieć tytuł „Koń i jego chłopiec” ale tak naprawdę zdecydowanie lepszym tytułem było by, „ Koń i jego chłopcy”. Oto bowiem bohaterem zdecydowanie jest tu przemykający przez wszystkie niemal zachodnie fronty koń, spotykający na swojej drodze a to chłopca angielskiego, a to niemieckie rodzeństwo, a to francuską dziewczynkę ( konieczny element kobiecy, bo inaczej byłby to film wyłącznie niemal męski). Wszyscy niezależnie od frontu są mili, podobnie przez wojnę poszkodowani – co jest przecież jasne bo to już stara wojna gdzie winni i ofiary są co raz trudniejsze do rozróżnienia, i w przeciwieństwie do II wojny trudno oddzielić dobrych i złych. Co więcej wszyscy mówią ładnie po angielsku co jeszcze bardziej zbliża ich wszystkich do siebie ( i koszmarnie utrudnia oglądanie filmu, bo na froncie trudno się zorientować którzy są którzy). Tym co zaś ma się młodzieży wbić w pamięć to właśnie zło wojny jako takiej i powtarzany jak mantra morał, że wojna każdemu coś zabiera ( nie tylko konia).

 

 W ramach równouprawnienia w filmie pojawia się też dziewczynka. Na dodatek jest uparta i mówi po angielsku z francuskim akcentem. Ale to żaden stereotyp:P

 

       Teoretycznie Spielberg chciał nakręcić nieco inny film o I wojnie światowej. Wybór historii konia wydał się zwierzowi paradoksalnie nawet dobrym pomysłem – to właśnie zaskakująca nieprzydatność tych zwierząt w działaniach wojennych, w pełni uświadomiło wojującym, że oto mają do czynienia ze schyłkiem pewnego świata. Niestety z tym – chyba najciekawszym elementem, reżyser rozprawia się jak najszybciej. Oto angielscy szarżujący oficerowie pojawiają się jedynie na chwilę, i znikają nim zdążymy ich dobrze poznać, i w pełni uświadomić sobie jak bardzo zmienił się ich świat w chwili, w której seria karabinu maszynowego rozbiła ich szarżę. Co więcej równie szybko znika z ekranu owa myśl, że nie obserwujemy tylko wojny ale też zmierzch pewnego świata ( być może jest to myśl nieco zbyt poważna dla produkcję dla młodzieży) To zresztą łączy wszystkich bohaterów filmu – którzy jedynie przemykają na drodze konia przez fronty. Nawet główny bohater Albert wydaje się być zdecydowanie mniej ważny od ładnego młodego ogiera ze strzałka na nosie, który jest niezwykle bystry i ma spore szczęście. Może zresztą dobrze, bo jeśli jest w tym filmie beznadziejnie obsadzona rola to jest nią właśnie Jeremy Irvine w roli Alberta. Chłopaka powinniśmy lubić, kibicować mu w oswajaniu konia, a także wtedy kiedy w końcu trafi na wojenny front ( trzeba tu zresztą zaznaczyć, że wstęp filmu jest zdecydowanie za długi). Tymczasem chłopak jest koszmarnie wręcz wkurzający, zamiast mówić wygłasza co chwila egzaltowane mowy, do tego zachowuje ten koszmarny, typowo amerykański optymizm i wiarę w siebie oraz innych. Dzielny, Grzeczny i wytruwały – trzeba mieć dużo talentu by takiego bohatera zagrać tak by widownia naprawdę do polubiła. Irvine zdecydowanie takiego talentu nie ma. I tak zwierz może bez wahania stwierdzić, że koń zdecydowanie zagrał lepiej.

 

Film może irytować zwierza, ale trzeba przyznać że niektóre ujęcia są naprawdę piękne

 

       Być może Spielberg był tego świadomy bo film reklamowano przede wszystkim występami Cumberbatcha i Hiddelstona ( trudno się dziwić, bo koń nie udziela wywiadów, i choć prowadzono go po czerwonym dywanie to prezentował się nieco gorzej od angielskich aktorów) – tymczasem obaj panowie – zdecydowanie dobrze wyglądający w mundurach, i świetnie wyglądający na koniach ( choć zwierz odnosi dziwne wrażenie, że mimo zapewnień nie jeździli na nich w każdym ujęciu – bo część z ich szarży jest nakręcona tak by nie widać było twarzy) pojawiają się jak już zwierz wspomniał na chwilkę. Jest to zresztą zdecydowany błąd samej fabuły, która wprowadza dwie bardzo ciekawe postacie tylko po to by się ich pozbyć się ich kilka scen późnej. Nie chodzi nawet o to, że jakieś 90% scen z udziałem Cumberbatcha występuje w trailerze ale o to, że taki zabieg ma sens w książce, ale zupełnie nie sprawdza się w filmie. Być może gdyby obu bohaterów obsadzono mniej znanymi aktorami zwierza by to tak nie uderzyło. Ale dwie najbardziej znane twarze znikają z ekranu w mgnieniu oka.

 

 Trzech Panów na Koniach. Nacieszcie sie ich widokiem bo znikają z ekranu szybciej niż zdążycie przeliterować ich nazwiska.

 

        Tym jednak do czego zwierz ma największy zarzut to fakt, że po pierwsze – film ma tylko jedno możliwe zakończenie – podobnie jak każdy film o Lessie i każdym innym rozdzielonym z dziecięcym bohaterem zwierzęciem – co nieco utrudnia utożsamianie się z koniem i jego chłopcem. Powinniśmy być przejęci ich losem ale z góry wiemy, że nikt nie zafunduje nam historii, w której któryś z nich ginie. Wojna nie wojna są pewne zasady. A po drugie, co chyba ważniejsze – film przyjmuje zupełnie ahistoryczną wizję związków między ludźmi, a zwierzętami. Jedynymi negatywnymi bohaterami filmu są ludzie, którzy zwierzęta – zwłaszcza konie, traktują – jak zwierzęta. Tymczasem tylko z perspektywy ludzi, którzy nigdy nie wykorzystywali konia jako zwierzęcia pracującego, koń jest większym odpowiednikiem psa. Dla wielu jeśli nie prawie wszystkich uczestników I wojny światowej, koń był przede wszystkim zwierzęciem pracującym, do którego nie należało się nadmiernie przywiązywać, nadawać mu imienia, a jego wartość zależała przede wszystkim od przydatności do pracy na roli. Stąd też zwierz przyglądając się całej produkcji cały czas miał niemiłe wrażenie, że autorzy wykazują się przede wszystkim niezrozumieniem dla czasów, w której dzieje się opowiadana historia. To co z punktu widzenia dzisiejszego wydaje się głupota czy zbędnym okrucieństwem, jest po prostu innym postrzeganiem rzeczywistości, szkoda, że ludziom z okresu I wojny dostało się za to, że byli dziećmi swoich czasów. Co ciekawe, wydaje się, że dziś ludzi bardziej niż straceńczy bieg młodych chłopców z okopów przez ziemię niczyją przeraża obraz konia plątającego się w drut kolczasty ( spokojnie scena jego uwalniania jest jedną z najlepszych i najzabawniejszych w całym filmie). Teoretycznie wszystko w porządku – praktycznie, coś się w zwierzu skręca.

 

 Jak na film o koniu na wojnie zaskakująco mało jest w filmie... koni na wojnie. W każdym razie szarżę dostaniemy jedną ( i jeśli zwierz może narzekać to wyjątkowo mało efektowną)

 

           Dobra ale co tak właściwie zwierz o filmie myśli? Cóż nie jest to film bardzo zły ( jak twierdzą niektórzy krytycy) – Kamiński rzeczywiście popisał się przepięknymi zdjęciami ( choć pod koniec zdecydowanie przesadził z kolorami – zwierz już widział Przeminęło z Wiatrem), jeśli zaś przyjmiemy, że mamy do czynienia z filmem dla młodzieży ( a chyba jest to założenie zdecydowanie konieczne) to jest to produkcja jak najbardziej strawna. Problem polega jednak na tym, że tego filmu mogło by nie być. Nie przynosi on bowiem, ani żadnej nowej informacji o wojnie, ani nie pokazuje tak naprawdę cierpienia koni na froncie. Nie wnosi też nic nowego do dobrze nam znanej historii o więzi człowieka z ukochanym zwierzęciem. Jedyne co przynosi zwierzowi to przykre rozczarowanie, że nie można już nawet ślepo liczyć, że jeśli pod scenariuszem do czegoś, nawet częściowo podpisze się Richard Curtis to będziemy mieli do czynienia z czymś naprawdę dobrym. A szkoda, bo wydaje się, że można było z tej historii wyciągnąć odrobinę więcej. Gdyby tak pokusić się o kilka scen pokazujących spotkanie starego i nowego wojennego świata, może młodzież zrozumiałaby dlaczego pierwsza wojna zwana była wielką.

 

        Jednak na koniec zwierz musi stwierdzić, że jeśli jesteście wielkimi fanami koni, jeśli należycie do tej grupy która naprawdę uważa, że nie ma piękniejszych boskich stworzeń, wtedy z całą pewnością film wam się spodoba. Jeśli jednak wybieracie się na seans bo podobnie jak zwierz macie słabość do niebieskookich angielskich aktorów to zwierz dobrze radzi byście sobie poczekali na DVD, albo dali sobie spokój z tą produkcją dopóki nie pojawi się w telewizji. Bo przecież nie wypada wychodzić w połowie seansu. Zwierz musi się jeszcze odnieść do kontrowersji jakie wywołało nominowanie " Czasu Wojny" do Oscara za najlepszy film. Wielu komentatorów uznało to za marny dowcip. Prawda jest jednak taka, że ta nominacja to prosta konsekwencja faktu, że dziś do nagrody za najlepszy film może startować, aż dziesięć tytułów. Oznacza to, że w stawce znajdzie się trochę filmów dla, których samą nominację traktuje się jako wyróżnienie samo w sobie. I tak jest w przypadku tego filmu - Spielberg jest reżyserem poważanym i lubianym, podjął dobry temat, w odpowiednim momencie wypuścił film do kin ( pod koniec roku), zadbał o ważne przesłanie. Statuetka mu się nie należy, ale Akademia kiwa głową, że aprobuje kierunek.

 

 

Jeśli któryś z tych Panów jest powodem dla którego wybieracie się na film, to zdecydowanie lepiej zrobicie wpatrując się po prostu przez piętnaście minut w ich zdjęcia. 

 

Ps: Zwierz dowiedział się dziś, że ponoć Artysta - mający największe szanse na zdominowanie tegorocznych Oscarów nie ma jeszcze daty Polskiej premiery - jest to jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że zwierz rozważa kulturalną emigrację.

11:45, ratyzbona
Link Komentarze (14) »
sobota, 28 stycznia 2012
Nie ma kobiet brzydkich są tylko niewyedukowane czyli Pigmalion wiecznie żywy

     

Hej

 

           Zacznijmy od tego, że ów wpis powstał przy naruszeniu praw autorskich. Tak moi drodzy zwierz się przyznaje. Obejrzał na youtube „Pigmaliona” z 1938 roku. Zrobił to z premedytacją ( i ku własnemu zaskoczeniu, bo nie spodziewał się tam znaleźć całego filmu) ponieważ nie da się moi drodzy inaczej zobaczyć tego filmu będąc jedynie ciekawym zwierzem w naszym pięknym nadwislańskim kraju. Zwierz zastanawia się jaką szkodliwość społeczną ma jego czyn zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jego twórcy są w znakomitej większości martwi ( nie mniej jednak nie dość martwi ponieważ zeszli z tego łez padłu mniej niż 70 lat temu). Zwierz czyni tą uwagę, nie po to by opowiedzieć się po stronie piractwa, ale po to by udowodnić, że niekiedy jest to jedyny sposób  z zapoznaniem się z dobrem kultury.

 

 Zwierz nie tylko złamał prawo autorskie ale też na dodatek nie mógł się powstrzymać od wrażenia że główny bohater powinien grać w innym filmie ;)

 

Dobra ale po co zwierz przekraczał rozdrganą granicę moralności by obejrzeć film. Cóż wydaje się, że owa historia możliwej zmiany człowieka – z osoby pozornie pozbawionej wartości, z kogoś kogo nie będzie dało się odróżnić od wielkich tego świata, jest jedną z ulubionych i nigdy nie nudzących się filmowcom. Sam Pigmalion który powstał w 1938 roku, jest filmem , który choć oczywiście się zestarzał wciąż ogląda się ze sporą przyjemnością – głównego bohatera – profesora Higginsa gra tu Lesie  Howard, co jednak sprawia zwierzowi pewne problemy, ponieważ jedyne co zwierz jest w stanie myśleć przez większość seansu, to dlaczego Ashley z Przeminęło z Wiatrem zachowuje się tak dziwnie. Tak już bywa że czasem zwierz nie jest w stanie oddzielić aktora od jego roli. Zwłaszcza jeśli jest to rola w jego ulubionym filmie. Nie mniej jednak, Pigmalion ma swoje zalety – jeśli chcecie komuś pokazać My Fair Lady a wiecie, że nie lubi musicali, pokazujecie mu po prostu Pigmaliona.

 

 

 Jeśli w każdej kwiaciarce drzemie potencjalnie taka piękność, to należy masowo wszystkie wyedukować i ładnie ubrać! Ale tak na serio - zwierz ma nieco problem z tymi nie zadbanymi bardzo zadbanymi kobietami.

 

A skoro przy My Fair Lady jesteśmy – czy to nie ciekawe, że kino mogło opowiedzieć dokładnie tą samą historię niemal bez żadnych zmian ( poza dodaniem piosenek) prawie 30 lat później? Choć w sumie zachodzi tu jedna bardzo istotna zmiana, która zdaniem zwierza położy się pewnym cieniem na całej historii kinowych przemian kocmołuchów w księżniczki. Otóż niech podniosą rękę ci nieliczni którzy nie dostrzegli już na pierwszy rzut oka nawet w umorusanej Elizie Dolittle uroku i wdzięku Audrey Hepburn. Bo właśnie na tym polega pewna skaza filmowych przemian – zawsze okazuje się, że nie chodzi tylko o zmianę sposobu wyrażania się, czy zachowania w towarzystwie – owe nauki bledną w obliczu faktu, że każdy kocmołuch okazuje się być prześliczną aktorką. Tak jakby gdzieś  tam było przekonanie, że tak naprawdę liczy się tylko to jak wyglądamy (  w przeciwieństwie do głównej myśli Pigmaliona która wskazywała raczej na elementy wychowania które dzielą klasy, i tak charakterystycznego w przypadku anglików sposobu wysławiania się). Wydaje się, że typowo edukacyjnym wątkiem całej historii poszła w ostatnich latach ( zwierz pisze to z perspektywy historyka więc 1983 był niedawno) Edukacja Rity. Tam przemiana w bohaterce zachodzi zdecydowanie pod wpływem zdobytej wiedzy, nie mniej jednak, mimo teoretycznie pozytywnego wpływu edukacji – widać też pojawiające się wątpliwości. Bo o ile nikt jakoś nie wydaje się mieć wątpliwości, że zmiana wyglądu zawsze okazuje się być czymś lepszym, o tyle wiedza wydaje się odbierać coś bohaterkom, i wyrywać je z codziennego świata ( co słusznie punktuje Eliza w oryginalnej historii próbując wytłumaczyć Higginsowi, że nie ma już gdzie wracać).

 

A może cała ta przemiana wcale nie jest na lepsze? A może nie powinniśmy sobie zbyt długo zadawać tego pytania.

 

Zostawmy jednak na chwile te smutne rozważania o wpływie wiedzy na człowieka ( zwłaszcza, że zwierz woli się nawet nie zastanawiać, jak zapełnianie umysłu zbędnymi faktami wpłynęło na jego osobowość) – Hollywood zdecydowanie chętniej bawi się przemianami w zachowaniu i wyglądzie. Pretty Women może i jest historią o Kopciuszku, ale czerpie też dużo z naszego omawianego wątku. Przecież grana przez Julie Roberts bohaterka także przechodzi przemianę – składającą się z całkowitej wymiany garderoby, obowiązkowego kursu dobrych manier oraz kulturalnej wizyty w Operze. I podobnie jak jej poprzedniczki, musi w końcu zdecydować się na związek ze swoim ukochanym bo nie ma już świata do którego mogłaby wrócić ( zwierz nie twierdzi , że była by szczęśliwa pracując jako prostytutka, ale z całą pewnością  przez ten krótki okres jaki spędziła w drogim hotelu „przerosła” swoje otoczenie).

 

 No i jak kobieta, która tak wygląda i tak dobrze pasuje do świata wyższych sfer ma potem wrócić do siebie? To by zaburzyło porządek świata

 

Jednak zdecydowana większość filmów które poddają swoje bohaterki przemianom robi to przede wszystkim w poszukiwaniu efektu komediowego – W pierwszej części Miss Agent – przerobienie chłopczycy ( bardzo źle „zbrzydzona” Sandra Bullock) w możliwą kandydatkę na Miss Ameryki ( czyżby współczesny odpowiednik balu w Ambasadzie) staje się zadaniem godnym Profesora Higginsa – z resztą wydaje się, że amerykanie są w pełni przekonani, że do takiej transformacji potrzebny jest anglik – tu rolę tą wspaniale jak na taki popularny film odgrywa Michel Caine. Nie mniej jednak nie ma co udawać, że jest to przemiana inna niż fizyczna – tu się uczesze włosy, tam poduczy żeby kandydatka nie mlaskała. Choć kolejna część filmu ( zwierz zdecydowanie odradza) sugeruje, że nawet po takiej małej przemianie powrót może być znacznie utrudniony – bądź co bądź bohaterka Sandry Bullock na każdym kroku postrzegana jest jako była uczestniczka konkursu na Miss a nie jako policjantka. Może więc owo oderwanie od dawnego świata jest absolutnie konieczne dla dopełnienia historii przemiany. Bądź co bądź, nawet w głupiutkiej komedyjce dla młodzieży – „ Pamiętnik Księżniczki” brzydka bohaterka ( znów bardzo źle ucharakteryzowana na brzydką Anne Hathaway) po otrzymaniu informacji o  tym, że jest księżniczką, przechodzi nie tylko metamorfozę, ale także musi porzucić dotychczasowe życie.

 

 Miss Agent uczy nas że aby wydobyć wewnętrzne piękno potrzebny jest zaledwie jeden hangar pełny specjalistów od urody.

 

Wydaje się, że autorem który ma najwięcej wątpliwości co do owej historii przemiany, która zawsze winduje nas wyżej, ku lepszemu życiu jest Woody Allen.  Już w Annie Hall próba podniesienia poziomu edukacji ukochanej kończy się dla bohatera beznadziejnie, bo ukochana jak niemal wszystkie bohaterki zakochuje się w swoim profesorze, nie stając się przy tym ani odrobinę mądrzejsza, za to dużo bardziej irytująca. Nie mniej najwyraźniej Allen nawiązuje do tego wątku w „ Drobnych Cwaniaczkach” – żona bohatera po nagłym wzbogaceniu się na pieczeniu ciasteczek postanawia dorównać w intelektualnym obyciu elicie, w której znalazła się razem z mężem. Wykorzystując starą dobrą metodę wynajmuje anglika ( Hugh Grant wykorzystuje tu cały swój angielski czar ), który prowadzi ją  na kolejne sztuki, koncerty , uczy dobrych manier i obycia. Jednak w przeciwieństwie do pierwowzoru próba awansowania wyżej zostaje potępiona. Klasa wyższa okazuje się bandą nudnych i nie uczciwych snobów, zaś siedzący na kanapie mąż nieudacznik jedynym sympatycznym bohaterem. Być może krytyka Allena wynika z faktu, że on sam nigdy nie pragnął aspirować do roli wielkiego intelektualisty, jednocześnie wielkim intelektualistą będąc. A może po prostu prawdą jest, że lepiej nie strać się celować wyżej bo nie ma tam naprawdę nic dobrego.  Choć chyba trzeba tam być by wydawać takie sądy.

 

 

Trzeba się bardzo dobrze znać na obrazach, by stanąć po stronie tych którzy w muzeach podziwiają tylko ramy. Stąd u Allena taki sceptycyzm wobec związku wiedzy i wartości człowieka

 

Nie mniej jednak , co wydaje się zwierzowi niezwykle ciekawe to pewna nieśmiertelność tej historii. Wydawać by się mogło, że taka historia przemiany prowadzącej do społecznego awansu powinna być daleką pieśnią przeszłości. Być może aktualną w latach 30 ale z każdą dekadą zmniejszającą swoją wartość. Tymczasem jednak wydaje się, że zwłaszcza w krajach anglosaskich – gdzie wciąż po sposobie mówienia można dowiedzieć się o człowieku wszystkiego – owo marzenie o awansie społecznym, poprzez pewne odcięcie się od korzeni – wciąż jest jeszcze bardzo żywe. Do tego stopnia żywe, że zwierz pamięta oglądany przez siebie namiętnie program reality TV gdzie mówiące slangiem dziewczyny z marnych dzielnic zamykano w szkole dla dobrze urodzonych ucząc ich manier, i poprawnego wysławiania się. Do następnego etapu przechodziły te, które umiały grzecznie rozmawiać o pogodzie, nie piły za dużo, uczyły się posłusznie gotować i układać kwiaty. Wszystko zaś w imię tezy, że tak naprawdę w każdej kobiecie drzemie dama – wystarczy tylko pozbyć się koszmarnego akcentu, przestać przeklinać i pić piwo wieczorami , a wyższe klasy przywitają nas z otwartymi ramionami. Zwierz oglądał ten program w niemym zachwycie, bo przecież był to najuczciwszy telewizyjny program poświęcony społeczeństwu brytyjskiemu jaki zwierz widział od lat.

 

I tu zwierz widzi ową popularność owej historii. To przecież idealna historia na każde czasy i prawie każde miejsce. Jeśli się chce można w niej zobaczyć wiarę w możliwości jednostki która chce osiągnąć więcej. Jeśli się chce jest to historia o potędze edukacji. Ale równie dobrze jest to przypowieść o pozorach, które odgrywają w naszym społecznym życiu niezwykle ważną rolę, ale i o podziałach klasowych, które zamiast znikać we współczesnym świecie, co raz bardziej się umacniają. No i film ten zawiera jedną niemalże uniwersalną  prawdę – chcesz się wykształcić na człowieka naprawdę obytego? Znajdź sobie Anglika!

 

Ps: A już jutro recenzja filmu Koń i Jego Chłopiec czy jak woli dystrybutor Czas Wojny ( i tak zwierz ogląda ten film dla wiadomego aktora i nawet się tego nie za bardzo wstydzi)

16:20, ratyzbona
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 stycznia 2012
Co by było gdyby czyli serialowe światy alternatywne



Hej

 

 

        Najbliższy odcinek Grey's Anatomy  ( zwierz poprawia bo wcześniej twierdził, że to odcinek wczorajszy)–  sprawił, że zwierz zaczął się zastanawiać nad pewnym niezwykle popularnym zabiegiem scenarzystów. Otóż w zbliżąjącym się odcinku Grey's Anatomy scenarzyści postanowili nam zafundować odpowiedź na pytanie, co by było gdyby, To jeden z tych uwielbianych przez twórców zarówno kina poważnego ( np. Przypadek Kieślowskiego) zabieg, który nie tylko pozwala na uatrakcyjnienie narracji ale także, na zapełnienie sezonu odcinkiem, który niewiele zmieni w przebiegu akcji. Co więcej w przeciwieństwie do bardzo wielu podobnych odcinków służących do zapełniania sezonu bez posuwania akcji do przodu ( np. następny odcinek Castle ma się dziać w przeszłości) spełnia marzenia wielu fanów by móc zobaczyć swoich bohaterów w innych ubraniach, fryzurach i konfiguracjach.

 

 Teoretycznie wszystko się zgadza, ale uważny widz serialu Chirurdzy dostrzeże, że nic na tym obrazku nie jest w porządku

 

           Z góry trzeba zaznaczyć, że istnieją dwa typy odcinków alternatywnych. Niektóre zajmują się rozważaniem co by było gdyby biorąc pod uwagę bardzo wiele zmian w rzeczywistości – takim odcinkiem jest np. wspomniane Grey's Anatomy gdzie Meredith wychowana w szczęśliwej rodzinie ( jej matka nigdy nie zachorowała na Alzheimera) podejmuje zupełnie inne decyzje, podobnie jak otaczający ją koledzy. Podobna konstrukcję ma dwuczęściowy odcinek Przyjaciół gdzie grupa bohaterów dowiadując się o rozwodzie facetach za którego o mało nie wyszła Rachel ( od jej ucieczki sprzed ołtarza zaczyna się cały serial) – przy czym co charakterystyczne – każdy z bohaterów podejmuje inne decyzje – co ciekawe scenarzyści Przyjaciół podobnie jak scenarzyści wielu tego typu odcinków próbują nas przekonać, że nawet jeśli podjęlibyśmy w życiu dziesiątki innych wyborów to pewne rzeczy po prostu muszą się zdarzyć. Dlatego też cała szóstka przyjaciół ostatecznie ląduje w bardzo podobnym układzie. Zresztą jest to bardzo charakterystyczny element tego typu telewizyjnych gier z rzeczywistością, które zawsze sprowadzają nas mniej więcej do tego samego punktu – jako wyraz wiary, że istnieje pewne przeznaczenie do którego można dojść różnymi drogami.

 

 

W alternatywnej rzeczywistości bohaterki nadzwyczaj często przybierają na wadze

 

            Jednak zdecydowanie częściej scenarzyści wolą się bawić alternatywnymi rzeczywistościami wywołanymi przez jedną decyzję bohatera lub bohaterki. Zgodnie z zasadą że ruch skrzydeł motyla może zmienić losy świata, tub także drobne decyzje zmieniają losy wszystkich zaangażowanych postaci, w mniejszym lub większym stopniu. W jednym z najlepszych odcinków Doktora Who bohaterka zamiast skręcić w lewo skręca w prawo. Owa drobna zmiana prowadzi do całej serii nieszczęść, którą biedna bohaterka obserwuje nie zdając sobie sprawy, że to właśnie jej działanie ruszyło ten ciąg wydarzeń. Odcinek jest o tyle ciekawy, że nie pokazuje dwóch wersji wydarzeń, jedynie alternatywną do tych które już widzieliśmy. Z kolei w odcinku Dream Runner w Ostrym Dyżurze widzimy dwie alternatywne wersje tego samego dnia, różniące się od siebie jedynie drobnymi decyzjami, które podejmuje Neela sympatyczna młoda lekarka. Taki odcinek przywołuje na myśl właśnie owe filmowe zabawy z alternatywnymi rzeczywistościami – jak wspomniany już Przypadek czy Przypadkowa Dziewczyna ( która była beznadziejnym filmem ale idealnie obrazującym taką zabawę). Odcinek Ostrego Dyżuru jest o tyle ciekawy, że mamy do czynienia z sytuacją dość codzienną – a nie o losy świata, czy o duży wątek. Takie niekiedy rozgrywa się właśnie w alternatywnej rzeczywistości po to by pozwolić widowni oswoić się z pewnymi wątkami, trzymać ich w niepewności, czy pokazać im coś na co naprawdę liczą.

 

 LUb nigdy nie chudną, jak Monica w alternatywnym obrazie życia Przyjaciół

 

           W Gotowych na Wszystko bohaterki rozważają jak wyglądało by ich życie gdyby podejmowały inne decyzje, jednak najważniejszym wątkiem jest tu historia Lynette która zastanawia się jak wyglądało by życie jej dziecka, które straciła po tragicznym wypadku. Ta alternatywna wizja rzeczywistości nie tylko ma wzruszyć widzów ( zdecydowanie jest to tak napisany wątek) ale jest też w jakiś sposób uzasadniona z punktu widzenia psychiki postaci – Lynette wyobrażając sobie życie swojego dziecka, w jakiś sposób godzi się z tym co ją spotkało. Z kolei w Sześciu Stopach pod Ziemią, stojący w obliczu operacji która może zakończyć się z dużym prawdopodobieństwem śmiercią bohater obserwuje różne wersje swojego życia. Widzi siebie w zupełnie innym świecie – gdzie jego ojciec ( od którego śmierci zaczyna się serial) wciąż żyje, a on sam prowadzi zdecydowanie mniej skomplikowane życie, z kobieta której jeszcze nie poznał.

 

 Olbrzymim plusem odcinka Ostrego Dyżuru jest to, że tworzy warjację na temat zupełnie normalnego dnia

 

          Z kolei w serialu JAG – jednym z wielu opartych na nieskonsumowanym uczuciu między głównymi bohaterami, alternatywny odcinek ( gdzie bohaterowie są już dawno po ślubie) pozwala pokazać widzom coś, czego ze względu na konstrukcję serialu nie można było by inaczej wprowadzić. Taki odcinek jest po prostu odmianą odcinka ze snem ( wszyscy znają odcinek w którym komuś coś się śni w związku z tym można pokazać wszystko i nie przejmować się konsekwencjami). Takie alternatywne odcinki choć zdecydowanie częściej pojawiają się w serialach dramatycznych ( jest coś niezwykle dramatycznego w takich odmianach losu) to jednak pojawiają się też często w serialach komediowych – poza wspomnianymi Przyjaciółmi, pomysł ten był wykorzystywany w mniejszym i większym stopniu w How I Met Your Mother, a ostatnio w The Big Bang Theory, gdzie cały odcinek Leonard wyobraża sobie co by się stało gdyby po prostu zaprosił Penny na randkę. Dodatkowo internet ( nawet nie wiecie jak cholernie trudno znaleźć frazę po której wpisaniu wypadną alternatywne wersje wydarzeń w serialu) podpowiada zwierzowi, że zabawą w takie alternatywne wersje wydarzeń chętnie bawią się autorzy seriali SF – zwłaszcza Star Trek ( zwierz ma tutaj koszmarne zaległości więc nawet nie wnika o było tu elementem alternatywnym) ale też w Farspace, które kiedyś zwierz z przyjemnością oglądał na AXN ( nie mniej nigdy nie po kolei)

 

 

 Jak sami widzicie, twórcy wizji co by było gdyby potrafią bardzo daleko odejść od tego co dzieje się w "głównym nurcie"serialu

 

            Wydaje się jednak, że taki alternatywny odcinek to nie tylko prosty sposób na sezonową zapchaj dziurę. Zwierz musi przyznać, że on sam uwielbia alternatywne odcinki – można dzięki nim zobaczyć aktorów grających nieco inne wersje swoich postaci ( dzięki czemu można nareszcie zdecydować czy potrafili dobrze zagrać kogoś innego), a poza tym nie ma chyba nic zabawniejszego niż majstrowanie przy świecie, który się tak misternie samemu ułożyło. Poza tym alternatywne odcinki skłaniają zwierza do myślenia czy w jego życiu były momenty kiedy podjęcie innej decyzji mogło by zaowocować olbrzymią zmianą w jego życiu. Jak na razie zwierzowi przychodzi do głowy tylko jedna sytuacja. Otóż zwierz o mało nie spóźnił się ze składaniem papierów na studia doktoranckie na których studiuje. Gdyby nie fakt, że miał szczęście i złapał taksówkę może nie studiowałby teraz dziejów XIX wiecznych rasistów ( choć zwierz nie wie czy to jest dobre zakończenie tej historii). Oczywiście takie zabawy z inną rzeczywistością są zazwyczaj są logicznie nieprawdopodobne. Jak wszyscy wiemy, drobna zmiana prowadzi do zmian wielkich, Stąd można podejrzewać, że gdyby rzeczywiście nasi bohaterowie podejmowali inne decyzje nigdy by się nie spotkali, a w przypadku amerykańskich seriali można się zastanawiać, czy mieszkali by w tym samym mieście. Nie należy więc traktować takich alternatywnych obrazów rzeczywistości jako możliwych ścieżek rozwoju wydarzeń, albo bardzo mało prawdopodobnych. Nie mniej wydaje się że sympatia zwierza do takich odcinków nie jest odosobniona – często wybiera się je na odcinki jubileuszowe, które chce się wyróżnić spośród innych. NCIS czy CIS planuje jeden z takich właśnie alternatywnych odcinków planuje jako 200 odsłonę serialu.

 

 

Ps: Zwierz spędził wczoraj cały wieczór siedząc sobie na koncercie muzyki Cymbałowej ( tak to się odmienia?) i przypomniał sobie scenę z filmu „ Drobne Cwaniaczki”gdzie jedna osoba z widowni ucisza twórcę by nie budził uśpionej widowni. I właśnie dlatego, zwierz będzie się jutro zajmował filmowymi i serialowymi Pigmalionami oraz ich następcami. Zwierz informuje was o tym by pokazać wam jak dziwnymi ścieżkami wędruje jego mózg.

 

 Ps2: Zwierz będąc wczoraj w Empiku zwierz zauważył na półce interesujące zjawisko - otóż obok siebie stały - film o lesbijkach które zakochują się w sobie w mocno średnim wieku, film o lesbijkach z których jedna jest chrześcijanką a druga muzułmanką, trzeci zaś był o miłości lesbijek w Afryce w czasach Aperthaidu ( obie są białe ale jedna z nich jest wyemancypowana). Zwierz zastanawiał się czy może przegapił jakiś przepis na film składający się z zestawu - lesbijki+ trudny problem społeczny. Najwyraźniej bowiem taki przepis istnieje.

 

13:18, ratyzbona
Link Komentarze (8) »
czwartek, 26 stycznia 2012
Człowiek którego nienawidzi Akademia czyli przypadek Leonarda D.

 

Hej


Zwierz, który Oscarowe nominacje recenzował na swojej stronie na faceboooku ( do której polubienia gorąco zachęca, bo trafia tam niekiedy trochę poza blogowych przemyśleń zwierza) miał ten wpis od bardzo dawna. Nie ulega bowiem wątpliwości, że tak jak Akademia kocha Clooneya, Anglików i filmy biograficzne, tak samo nie darzy sympatią Leonardo DiCaprio.

 Zacznijmy od kilku faktów. Po pierwsze – zwierz trochę jak Akademia miłością do Leo nie pała. Powiedzmy więcej – zwierz go nie lubi jak to się ładnie mówi jak morowej zarazy. Dlaczego? Cóż tego dowiecie się w trakcie czytania tego postu. Teraz fakt drugi – DiCaprio jest dobrym aktorem, zwierz nawet zaryzykowałby, że jednym z najlepszych ze swojego pokolenia ( zwierz dodaje, że nadal go nie lubi). Właściwie to zwierz mimo swojej osobistej niechęci, musi przyznać, że  niewielu aktorów może się pochwalić karierą  tak ciekawą jak DiCaprio. Grał z największymi i  u największych, rzadko dostawał marne recenzje, lubią go zarówno inni aktorzy, jak i reżyserzy, którzy chętnie decydują się na dłuższą współpracę. Nie popełnia głupich błędów, angażuje się politycznie po właściwiej stronie, i właściwie trudno mu coś zarzucić poza ewidentną słabością do blond modelek. Czemu więc Akademia go nienawidzi? I dlaczego znajduje się on jak pokazuje poniższy wykres ( z 2010) na samym szczycie listy najbardziej niedocenianych aktorów ( nie tylko przez Akademię Filmową ale także przez inne gremia?)

 

 Jak wskazuje powyższy wykres, nikt zdaniem samych widzów nie jest tak pomijany jak biedny Leo, warto zauważyć, że drugi na liście Phoenix od dawna w niczym nie zagrał, a trzeci Bale już Oscara dostał


Trzeba stwierdzić, że nie od razu Akademia poczuła niechęć do młodego aktora. Ten po początkach w telewizji ( wszyscy zaczynali w telewizji, ale wciąż wydaje się to być dla nas zaskoczeniem),  szybko okazał się być zaskakująco zdolnym aktorem dziecięcym – zwierz pamięta jak zaskoczony był jego rolą w „ Chłopięcym świecie” ( gdzie grał syna samego Roberta DeNiro) choć trzeba przyznać, że było to zaledwie preludium do jego znakomitej roli w Co Gryzie Gilberta Grape’a. DiCaprio zagrał tam upośledzonego młodszego brata głównego bohatera, w sposób tak naturalny i przekonujący, że udało mu się uniknąć koszmarnej sztuczności jaka często towarzyszy takiej grze.  I tak mając lat 20 Leo zdobył pierwszą nominację do Oscara, aktorsko kradnąc film Johnnemu Deppowi. Wydawać by się mogło, że przed młodym przystojnym aktorem o bardzo chłopięcej urodzie czeka wszystko co najlepsze, łącznie z dziesiątkami nagród i uznaniem.  W końcu chcieli z nim współpracować najwięksi, a i jego wybory pokazywały, że bardziej niż na sławie zależy mu na ambitnych projektach.

 

 

 Jak widać na załączonym obrazku Leonardo już od dzieciństwa starał się przekonać do siebie wszystkich. 


Potem jednak nastąpiło coś co zmieniło tok myślenia krytyków oraz sympatie Akademii. DiCaprio zagrał w dwóch filmach – pierwszym z nich był Romeo i Julia przeniesione w czasy współczesne – być może jedna z najbardziej bezczelnych, ale za to wiernych adaptacji Szekspira, drugi to film, który pokazał, że nie ma nic piękniejszego niż porządna katastrofa czyli Titanic. Zaznaczmy od razu, że DiCaprio w obu produkcjach spisał się poprawnie, choć dał się przyćmić przez swoje filmowe partnerki ( które w przeciwieństwie do niego zostały wręcz pupilkami instytucji rozdających nagrody – Kate Winslet jest nominowana i nagradzana prawie za wszystko, zaś Claire Danes dostaje Złote Globy rok po roku). Jednak nie gra aktorska sprawiła, że przyznające nagrody gremia postawiły na nim krzyżyk. Leonardo przydarzyła się najgorsza ze wszystkich możliwych dla aktora rzeczy – stał się idolem nastolatek. Zwierz, który był w odpowiednim wieku w chwili, w której oba filmy pojawiły się na ekranach doskonale pamięta jak wizerunek DiCaprio był wykorzystywany mniej więcej tak jak dziś wizerunek  Roberta Pattinsona ze Zmierzchu. I wtedy podobnie jak dziś sympatia do aktora stała się synonimem złego młodocianego gustu, zaś on sam raczej symbolem marketingowego produktu nie mającego wiele wspólnego z aktorstwem. Nagle zapomniano, że w przeciwieństwie do wielu gwiazdek dla nastolatków aktor udowodnił, że umie grać. Zaczęto go postrzegać niemal wyłącznie przez pryzmat nagród MTV, a kiedy jego kolejna produkcja ( Człowiek w Żelaznej Masce ) okazała się klapą widziano w tym jedynie potwierdzenie  sądów o źródle jego popularności. Z całą pewnością nie pomógł też fakt, że wielu komentatorów przyjęło autoironiczny występ DiCaprio w Celebrity Allena za obraz rzeczywistego stylu życia młodego aktora. Zwierz nie ukrywa, że i wtedy rozpoczęła się niechęć zwierza do aktora – powodowana głównie niechęcią do masowych zrywów, którym zwierz zwykł z natury stawać w poprzek zwłaszcza kiedy był młodszy. Stąd też zwierz pragnący za wszelką cenę udowodnić, że nie jest taki jak wszyscy DiCaprio znielubił, z czego do końca nie jest się w stanie wyleczyć do dziś.

 

 Przyznający nagrody chyba dość poważnie potraktowali tą deklarację, bo aktor na ceremoniach rozdania nagród tylko czeka. Aż wyczytają kogoś innego.

 

            DiCaprio pewnie na zawsze pozostałby na smutnym zesłaniu dla aktorów znanych z jednej roli gdyby nie Gangi Nowego Jorku ( zwierz ze zdziwieniem stwierdził, że nakręcono je zaledwie pięć lat po Titanicu – zawsze był przekonany, że minęło zdecydowanie więcej czasu). O ile film wybitny nie jest, a wręcz przeciwnie miejscami za długi, nudny i przeszarżowany to jednak sprawił, że na jednym planie filmowym spotkali się Martin Scorsese i Dicaprio. Scorsese, zawsze był wierny swoim aktorom – potrafił im zapewnić najlepsze role, Oscary i wszystkie te nagrody, których sam nie otrzymywał. DiCaprio trafił na niego w chwili, w której reżyser był już nieco zdesperowany – kolejne lata mijały a Oscara nie było. Ich spotkanie zaowocowało najbardziej nastawionym na zdobycie Oscara filmem w historii czyli Aviatorem – obaj obeszli się ze smakiem choć zwierz odnosi dziwne wrażenie, że każdy inny aktor dostałby Oscara za role Howarda Hughesa. Ale ponownie w oczach Akademii Leonardo był jedynie towarzyszem dla jasno świecącej ( i nagrodzonej) Cate Blanchett. Oscar dla Scorsese przyszedł rok później razem z Infiltracją, ale DiCaprio znów musiał obejść się bez niego. Wydaje się bowiem, że mimo dobrych ról w zdecydowanie dobrych filmach akademia wciąż nie ma zaufania do aktora, którego podobizna wisiała kiedyś na ścianach tysięcy nastolatek. I Choć nowy Leonardo już tylko odrobinę przypomina tamtego ( jakoś tak zmężniał, albo przytył co kto woli, z resztą zdaniem zwierza ze szkodą dla urody) to jednak wciąż musi udowadniać, że nie jest chłopcem z Titanica.

 

 Być może gdyby Leo wiedział, jak zakończy się ten skok nigdy by nie przyjął roli w Titanicu

 

Ale wydaje się, że ta niechęć Akademii ma jeszcze co najmniej dwie podstawy. O pierwszej zwierz pośrednio już wspomniał – DiCaprio ewidentnie chce zostać nagrodzony – w ostatnich latach zagrał chyba wszystkie standardowe role – szaleńca, sławnego szaleńca, polityka, męża w rozpadającym się małżeństwie, wdowca, człowieka bez skrupułów którego rusza sumienie – co prawda w żadnym z filmów nie kulał, ale nie udawajmy, że nie był blisko. Akademia wyjątkowo nie lubi tych, którzy chcą wygrać i często nawet na złość  pomija ich przy nominacjach – w końcu to też ludzie, i nie lubią kiedy wywiera się na nich zbyt mocną, a właściwie zbyt transparentną presję. Druga kwestia jest nieco bardziej skomplikowana. Akademia lubi aktorów, którzy raz na jakiś czas pokazują, że nie traktują siebie na poważnie. Aktor, który chce zdobyć uznanie krytyki powinien chociaż raz pozwolić sobie na występ w komedii, lżejszym filmie popularnym ( Incepcja ma jednak swoją wagę gatunkową) czy w jakikolwiek inny sposób zasygnalizować, że mają do swojego aktorskiego zawodu dystans. Tymczasem od paru lat DiCaprio gra jedynie w filmach poważnych – może z wyjątkiem Złap mnie jeśli potrafisz, choć tu też nie mieliśmy do czynienia z typową komedią, z resztą reżyserował Spielberg co zmienia wagę filmu. Innymi słowy DiCaprio jest jednym z niewielu w Hollywood aktorów, którzy traktują granie niemal śmiertelnie poważnie, i wybierają jedynie takie produkcje, które choć trafiające do masowej publiczności ( aktor bierze dwadzieścia milionów za rolę więc raczej nie pojawia się w niezależnych produkcjach) maja opinię głębszych i ważniejszych niż większość filmów. Nie zobaczycie go w największym hicie lata, czy w dobrze obsadzonej ale mniej poważnej produkcji ( ponownie Incepcja jest najbardziej poważnym z filmowych hitów jakie zwierz widział)

 

 Prześmiewcza przeróbka plakatu do Edgara Hoovera pokazuje, że intencje aktora są bardzo przejrzyste

 

I tu przechodzimy do następnego aspektu który wydaje się być dość charakterystyczny. Otóż zwierz odnosi wrażenie, że jest bardzo wielu widzów kinowych, którzy podobnie jak zwierz są bez trudu w stanie przyznać, że DiCaprio jest dobrym aktorem. Wydaje się jednak zwierzowi, że zdecydowanie mniej jest widzów takich, którzy są jego zagorzałymi fanami, i z wypiekami na policzku czekają na jego następny film. Może zwierz przyjmuje złą perspektywę, ale ten dość uniwersalny, poważny odtwórca głównej roli nie budzi automatycznej sympatii. Żadna z wykreowanych przez niego postaci, nie sprawia, że jesteśmy w stanie się w niej zakochać i przenieść trochę tych uczuć na aktora. Wręcz przeciwnie, zdaniem zwierza jego bohaterów trudno lubić, bo najczęściej  albo są zbyt szlachetni, albo zbyt podli albo zbyt nienaturalni. Zwierz oczywiście nie sugeruje, że nie da się polubić DiCaprio – bądź co bądź chroni tygrysy, pandy i niedźwiedzie aktywnie uczestnicząc w akcjach ekologicznych ( uważa się , że jest jedną z najbardziej zielonych gwiazd Hollywood), przyjaźni się z ludźmi, z którymi grał ( zwłaszcza z Kate Winslet), a na rozdania nagród kiedy akurat nie umawia się z żadną blond pięknością przyprowadza mamę. Trudno uznać to za przejaw spaczonego i paskudnego charakteru.  Zwierz czytał z resztą cytowane na Imdb jego różne wypowiedzi ( kolekcja jest naprawdę imponująca) i nie wydaje się pod względem ich grzecznej ogólności niczym różnić od aktorów zdecydowanie bardziej popularnych.

 

 Rzeczywiście, jako aktor Leo nie dorobił się sławy, za to dorobił się nie jednego ale dwóch memów ( jeden polega na wklejaniu wszędzie tak radośnie kroczącego bohatera) drugi to wariacja na temat kawałka rozmowy z Incepcji.


Nie trudno dostrzec, że największym grzechem DiCaprio jest fakt, że nie zginął w pomroce filmowych dziejów, tak jak wielu idoli nastolatek przed nim. Z resztą zwierz nie ma wątpliwości, że Akademia w końcu go nagrodzi, co prawda zwierz ma dziwne wrażenie, że stanie się to późno – coś jak w przypadku Paula Newmana, który dostał Oscara dopiero za Bilardzistę, albo jeszcze później, jak w przypadku Kirka Duglasa któremu dano Oscara za całokształt bo wyglądało na to, że będzie umierał, a on żyje i żyje. W każdym razie zwierz oczyma duszy swojej jest w stanie zobaczyć, schylonego ku ziemi DiCaprio chodzącego o lasce, który odbiera swojego Oscara wspominając wielkich reżyserów z którymi pracował a których już nie ma wśród żywych.

 

 Tak wyglądał Leo w tym roku kiedy Złoty Glob powędrował do kogo innego. Na Oscarach już tak żałośnie nie będzie wyglądał bo go nie nominowano.


Choć jest kilka znaków na horyzoncie, że być może najbliższe lata zdejmą klątwę Titanica. Wśród następnych projektów aktora oprócz Wielkiego Gatsbiego ( zwierz nadal nie rozumie pomysłu zastępowania Redforda kimkolwiek innym) , pojawia się też nowy projekt Quentina Tarantino. Tarantino znany jest z tego, że potrafi wyciągnąć aktora z zapomnienia ( Travolta), czy też przedstawić go światu z takim przytupem, że już nigdy nie będzie się musiał on martwić o rolę ( Christoph Waltz), kto wie może i dla Leo uczyni cud i rozpocznie kolejny etap jego kariery. Czwarty, akurat na kolejne dziesięciolecie. Bo choć zwierz naprawdę nie cierpi DiCaprio to jednak należy mu się jeszcze jedna szansa. W końcu przecież nawet Akademicy mają serce. Chyba.

 

12:49, ratyzbona
Link Komentarze (15) »
środa, 25 stycznia 2012
Życie radośnie mniej normalne czyli fani, Sherlock, fistaszki i odrobina wiary

 

 Hej

 

 

 

         Zwierz musi wam coś wyznać, zapowiedział wczoraj wpis, którego potem nie chciało mu się napisać. Chciał za to napisać wpis, zupełnie ale to zupełnie inny. I pewnie zwierz by to zrobił gdyby nie miłość do swoich czytelników, którzy najwyraźniej lubią lekkiego hysia jakiego zwierz dostał na punkcie Sherlocka BBC. Nie mniej jednak czytelniku jeśli w tym momencie zaczynasz przewracać oczami to zwierz pragnie cię uspokoić, Sherlock jest tu jedynie pretekstem. Bo w istocie zwierzowi chodzi o coś zupełnie innego.

 

          O tym, że fani są gotowi dla swojego serialu zrobić wszystko mieliśmy wiele przykładów. Kiedy CBS postanowiło skasować bardzo lubiany przez widzów serial Jerycho zaczęli przysyłać stacji orzeszki ziemne ( podobno całymi pudłami) zgodnie z hasłem „ Nuts!”, stacja załamała się i dała serialowi kolejny sezon. Sam zwierz po pierwszym sezonie Castle napisał wedle wzoru list do telewizji ABC by dano serialowi jeszcze jedną szansę ( okazało się to dobrym pomysłem bo dziś to jeden z mniej zagrożonych seriali ABC), czy zawracał głowę BBC by ten nie rezygnował z „ Doctor Who Confidential” czyli serialu o robieniu serialu ( ponieważ jest to BBC to odpowiedziało na mail zwierza podobnie jak na tysiące innych mail fanów). Tak dotychczas fani przekraczali granicę między światem realnym i fikcyjnym głównie dla dobra swojego show – wysyłali listy, przesyłali 6 tysięcy słoiczków sosu Tabasco ( by zatrzymać na ekranach Roswell) do stacji filmowej lub... jedli kanapki w Subwayu ( była to jedna z ciekawszych kampanii – ludzie płacili za kanapki, a sieć zapłaciła za przedłużenie serialu Chuck). Część fanów uratowała swój serial... symbolicznie za niego płacąc przesyłając po jednym dolarze ( serial o Nikicie, ale nie ten najnowszy). Niedawno można było się przyjrzeć jak fani powołali szeroka akcję by zniechęcić stacje do kasowania cudownego i wspaniałego serialu Community. Najbardziej znaną grupą fanów wspierających swój ulubiony program, są fani Firefly, którzy sprawili, że ten zdjęty po zaledwie jednym sezonie serial, doczekał się kinowej kontynuacji, zaś fani poza organizowaniem pokazów w całym kraju ( na cele charytatywne) sprawili, że w dniu urodzin scenarzysty i twórcy serialu sprzedaż DVD z pierwszym sezonem i filmem lądują wśród najchętniej kupowanych płyt w Stanach.

 

 Nawet jeśli Jerycho zniknęło z telewizji już dawno temu to historia jego ocalenia stała się przykładem że fani mogą dla swojego serialu zrobić wszystko 

 

 

Tak zazwyczaj postrzegano możliwą interakcję fanów ze stacją telewizyjną. Stacja mogła fanów karmić serialami, oferować im raz na jakiś czas jakąś interaktywną zabawę ( Doktor Who przed świętami Bożego Narodzenia ma dla swoich fanów kalendarz adwentowy z różnymi dodatkami, Psych ostatnio pozwolił widzom rozwiązywać zagadkę online itp.), spotkania z fanami, możliwość kupienia gadżetów ( tu przoduje Glee sprzedające wszystko od lakieru do paznokci po maszynę do robienia sorbetów) czy okazjonalny flash mob. Wszystko jednak w ograniczonym zakresie, choć często bezpłatne to jednak uważnie nadzorowane przez stację, zazwyczaj wtedy gdy chodziło o utrzymanie zainteresowania serialem. Sami zaś fani, jak zwierz już wspomniał, gotowi byli komunikować się ze stacja właściwie tylko po to by pokazać, że nadal chcą oglądać swój serial, mimo nie zadowalającej stację oglądalności. Innymi słowy show można było w sposób kontrolowany albo reklamować, albo w sposób nie kontrolowany ratować.

 

 Nikt nie ma takich fanów jak serial Firefly, którego fani wykupili specjalnie ogłoszenie w czasopiśmie Variety co nie jest ani tanie ani proste

 

 

      I tu dochodzimy do obrazka znajdującego się w prawym górnym rogu bloga zwierza, na którym zwierz deklaruje, że wierzy w Sherlocka. Otóż ta Internetowa i zupełnie poza internetowa akcja, jest ściśle związana z zakończeniem drugiego sezonu serialu ( jak nie oglądaliście to idźcie obejrzeć, i wróćcie potem bo tu są spoilery) – kiedy to podły Moriarty nie tylko doprowadził do zdawna oczekiwanego „zgonu” Sherlocka ale także, co z dzisiejszego punktu widzenia naruszył jego dobre imię i opinię geniusza. Fani na całym świecie po obejrzeniu ostatniego odcinka poczuli, że chcieli by więcej. A właściwie nie tyle zobaczyć więcej ale też zrobić więcej. I tak powstała ( zwierzowi wydaje się, że mimo wszystko wspierana przez stację) akcja rozwieszania w zupełnie realnym świecie haseł „ I believe in Sherlock Holmes” lub też „ Moriarty was real”. Plakaty, pojedyncze napisy, samoprzylepne karteczki – wszystko jest dozwolone, o ile tylko wyraża naszą solidarność ze skompromitowanym serialowym bohaterem. Pewnie niektórzy z czytelników widzą w tym prosty podstęp serialowych twórców – zmusić widzów by sami na własną rękę reklamowali ich serial. Cóż bowiem z tego, że już zakończyła się jego emisja, kiedy trzeba jeszcze mieć niezłą oglądalność powtórek, sprzedaż DVD ( choć akurat większość uczestników akcji zapewne zamówiła DVD tak jak zwierz, czyli jeszcze w przedsprzedaży). Ale zdaniem zwierza wcale nie mamy tu do czynienia z prostym zabiegiem marketingowym mającym podtrzymywać zainteresowanie serialem ( zwłaszcza, że Sherlock Holmes w którego wiarę deklarują fani nie jest postacią jednoznacznie związaną z samym serialem). Otóż twórcy Sherlocka od samego początku – zakładając Johnowi Watsonowi prawdziwego bloga, Sherlockowi prawdziwą stronę internetową zaś Richardowi Brooksowi tworząc prawdziwego maila dali znak fanom, że nie mają nic przeciwko temu by w ramach promocji nieco przesuwać czwartą ścianę. Działania fanów może i związane z tymi przemyślanymi działaniami marketingowymi, ale nie do końca. Okazuje się bowiem, że owej magicznej czwartej ścianie dzielącej świat telewizyjny od realnego są drzwi przez które mnożna przechodzić w obie strony.

 

 Może i to jest lekki wandalizm ale w słusznej popkulturalnej sprawie

 

Oczywiście działania fanów Sherlocka to przykład jednej z wielu podobnych akcji ( choć zwierz zastanawiał się czy słyszał o akcji tak szeroko zakrojonej w przestrzeni publicznej), które pokazują, że dziś granica między fikcją, a światem realnym staje się co raz cieńsza. Zwierz pisał już o książkach telewizyjnych bohaterów wydawanych w realu pod ich nazwiskami, o stronach internetowych nie istniejących firm czy organizacji. Zarówno fani jak i sami twórcy co raz częściej dostrzegają potrzebę, niemal surrealistycznego pomieszania tego co prawdziwe z tym co wymyślone. Dlaczego? Zdaniem zwierza to dość naturalne zjawisko związane z kulturą - ludzie zaczynają od podziwiania dzieła, potem uwielbiania go, czytania zbiorowego, podrabiania a zanim się obejrzysz dziesiątki młodzieńców przebranych za Wertera popełnia samobójstwo. Wydaje się, że leży w nas potrzeba przekraczania granicy, wiary w to co nie rzeczywiste, zwłaszcza wtedy kiedy jest nam tak bliskie - akcja z Sherlockiem jest możliwa ponieważ serial rozgrywa się współcześnie, zaś ów obywatelski opór jest do pewnego stopnia symulacją odpowiedzi na opinię mediów. Do tego, do akcji przyczynia się internet - a właściwie przeniesienie jego mechanizmów do świata realnego. Ktoś kto zmienił sobie obrazek na profilu, łatwiej znajdzie w sobie energię by wydrukować ulotkę i zawiesić ją w miejscu pracy. Internet pozwala się też dzielić swoimi działaniami co tworzy nie tylko wirtualną, ale całkiem realną wspólnotę.

 

 Malutka źółciutka karteczka z deklaracją wiary w Sherlocka na znaku Scotland Yardu to nie tylko dowód na to, że fani Sherlocka są w stanie dotrzeć wszędzie. Ale także odrobina surrealizmu w dość nudnym życiu

 

      Oczywiście pozostaje pytanie jak się do takiego zjawiska odnosić. Czy jest to jedynie przejaw naszego infantylizmu, chęci ucieczki i zdecydowanie za dużego zanurzenia się w świat fikcji. A może trzeba w tym widzieć pewną prostą acz stanowczą ideową deklarację, sprzeciwiającą się codziennej nudzie i wskazującej świat popkulturalnej fikcji jako najlepsze miejsce ucieczki. Cóż zdaniem zwierza mamy do czynienia z czymś pomiędzy - nie ma co ukrywać, że część fanów nie co za bardzo wprowadza elmenty fikcji do swego życia codziennego, z drugiej jednak strony nic tak nie wzbogaca człowieka jak odrobina kulturalnego surrealizmu. Choć na słupach ogłoszeniowych fani rozklejają plakaty z twarzą Sherlocka, to zwierz odnosi wrażenie, że dało by się ich namówić do tego by w podobny sposób wprowadzali w nasze życie dowolnie wybraną postać z kultury popularnej czy wyższej. Bo chodzi o pewne poczucie wspólnoty ale nie tylko związanej z konkretnym wytworem kultury ale z samą kulturą jako taką.

 

 Nie wszyscy decydują się na tak spektakularne akty, ale ten napis za kilka lat na pewno kogoś zaintryguje. Bo przecież o to chodzi 

 

 

Zwierz musi wam bowiem wyznać, że nie ma dla niego przyjemniejszego momentu, niż kiedy przechodząc obok muzeum etnograficznego w Warszawie, mija napisany wieki temu ( czytajcie kiedy zwierz jeszcze nie studiował) kredą napis " Smutno mi Boże" - zwierz nigdy nie widział tak długo trzymającego się napisu kredą, więc podejrzewa, że ktoś go poprawiał. Ale ta odrobina kulturalnego wandalizmu, zawsze uświadamia zwierzowi, że należy do jakiejś grupy osób, które przechodząc obok mają tylko jedną myśl w głowie " Słowacki" i drugą zaraz po niej " Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" ( dalej zwierz cytować nie będzie, żeby nie było, że zna Hymn Słowackiego na Pamięć). I zdaniem zwierza to właśnie jest ów sposób komunikacji, który sprawia, że ulotki na tablicach, napisy na murach i graffiti na ścianach mogą się okazać tym co sprawi, że nasz dzień będzie odrobinę lepszy

 

 

 Żeby nie było, że zwierz zmyśla na potrzeby notki - oto fotograficzny dowód na obecność Słowackiego w przestrzeni publicznej 

 

ps: Zwierz przygląda się dyskusją nad ACTA i widzi jak broniący ustawy komentatorzy wskazują, że ludzie chcą korzystać z kultury za darmo choć powinni za nią płacić. I wszystko było by pięknie gdybyśmy żyli w świecie, w którym wybór byłby między ludźmi płacącymi i korzystającymi, i nie płacącymi nie korzystającymi. Ale zwierz odnosi dziwne wrażenie, że podział przebiegał by w przypadku przyjęcia restrykcyjnych ustaw raczej między płacącymi i korzystającymi i nie korzystającymi z kultury w ogóle. I to jest problem który chyba w tych wszystkich dyskusjach umyka ( edit: zwierz napisał nieco więcej o tym swoim dziwnym wrażeniu TUTAJ)

ps2: Zwierz wie że były nominacje do Oscarów i w związku z tym jutrzejszy wpis będzie o przypadku Leonarda D. człowieka którego Akademia nienawidzi.  

11:34, ratyzbona
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 198
O autorze
bloglovin Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
free counters
Free counters